Tagi

, , ,

To korytarz przyjaźni i pokoju – mówił albański premier, Sali Berisha, przy akompaniamencie braw licznie zgromadzonej publiczności, wymachującej radośnie flagami Albanii i Unii Europejskiej. Było to w czwartek, 25 czerwca 2009 roku.

Zachodzę w głowę, jak to możliwe, że Albania i Kosowo, dwa kraje które w być może nie tak dalekiej przyszłości scalą się w jedno państwo, realizując tym samym upragnioną, odwieczną koncepcję polityczną Wielkiej Albanii, które w całości niemal zamieszkane są przez przedstawicieli jednego narodu – Albańczyków, są tak słabo ze sobą skomunikowane. Autokarów kursujących na linii Tirana – Prisztina jest co prawda kilka, ale wszystkie jak jeden mąż rozpoczynają bieg o godzinie 18:00, nie pozostawiając podróżnym żadnego wyboru. Połączenia kolejowe nie istnieją (Albania w ogóle nie posiada żadnego połączenia międzynarodowego – szerzej o albańskich pociągach napiszę w kolejnej części reportażu), samolotów rejsowych jest jak na lekarstwo. To może samochodem?

Jeszcze nie tak dawno temu dystans między obiema stolicami, liczący około 340 kilometrów pokonywało się w czasie dziesięciu godzin (sic!). A więc do stolicy Kosowa autobus zwykł przyjeżdżać o świcie. Teraz jednak podróż trwa tylko sześć godzin, do Prisztiny przyjeżdża się tuż po północy. Skąd ta czterogodzinna różnica?

Trwającą pół dnia eskapadę między albańską stolicą a stolicą braterskiego Kosowa, trasą wiodącą przez kręte dróżki rozsiane pomiędzy dzikimi łańcuchami górskimi północnej Albanii, skrócono do sześciu godzin. A i to nie wszystko – bo docelowo podróż ta ma zabierać z życia kierowcy nie więcej niż dwie godziny! Wszystko dzięki nowej drodze z Durrës nad Adriatykiem do Kukës i Morinë tuż przy granicy z Kosowem, na budowę której kontrakt podpisano w 2006 roku. Wykonało ją turecko-amerykańskie konsorcjum Bechtel-Enka. To największa w dziejach inwestycja zrealizowana w Albanii. Autostrada jak na tutejsze warunki jest imponująca i stanowi spory sukces rządu. 170 kilometrów, z czego 7 kilometrów mostów i pięcioipółkilometrowy, wydrążony w skałach, najdłuższy na Bałkanach tunel między Thirra a Kalimash.

Przed rokiem droga nie była jednak zupełnie skończona. W tunelu działał tylko jeden pas i ruch odbywał się wahadłowo. To poważne utrudnienie, ale Albańczycy i tak zdecydowali się uruchomić wartą 800 milionów euro drogę. Kontemplując tę kwotę trzeba dodatkowo pamiętać, że roczne przychody albańskiego budżetu państwa to ledwie niewiele ponad… 2,5 mld euro.

I choć wydatki okazały się dwukrotnie wyższe od oczekiwanych, a wielu polityków musiało stawić czoło oskarżeniom o napychanie własnych kieszeni, to jednak droga pozostaje sprawą narodową, urasta do rangi symbolu. Budowę promuje nawet wystawa zdjęć na głównej ulicy Tirany. W czasach, gdy w krajach wysoko rozwiniętych o sile integracji decydują technologie informacyjne, tutaj wciąż najistotniejsze jest to, co namacalne, infrastruktura, fizyczne połączenie dwóch bratnich miast. Droga. Może wydawać się w pierwszej chwili, że oto nowoczesność wdziera się przebojem do Albanii, przecinając bitumiczną, szeroką na cztery pasy nitką całe połacie tajemniczych albańskich gór, Gór Przeklętych, znanych w Europie z wciąż praktykowanej na ich terenach gjakmarrji (zemsty rodowej). Ale to złudzenie. W rzeczywistości to tylko tradycja przybiera nową formę. Albańczycy nie są narodem podróżników, ale są narodem emigrantów. Źle czują się z dala od domu, ale ich rodziny są dziś często rozdzielone granicami państw. Podróżować więc muszą, by stało się zadość tradycji pielęgnowania więzi rodzinnych. Autostrada ma oczywiście kolosalne znaczenie gospodarcze, ale znaczy też wiele dla przeciętnego Albańczyka.

W autobusie sunącym tą właśnie nową drogą pomocnik kierowcy zebrał od nas paszporty w celu spisania ich numerów seryjnych. Oddając je, niedbale czyta nazwiska pasażerów. Wyczytani podnoszą rękę i odbierają dokumenty. Z moim imieniem Albańczyk ma wyraźny problem. W końcu czyta coś co brzmi mniej więcej jak „Marcin”. Po chwili z siedzenia z przodu odwraca się do mnie około pięćdziesięcioletni mężczyzna z pytaniem czy nie jestem przypadkiem Polakiem. Zdębiałem, bo pytanie zadane było po polsku, choć mężczyzna zważywszy na swój akcent moim rodakiem na pewno nie był.

Okazało się, że Xhafer jest Kosowianinem (z dumą pokazywał paszport w eleganckiej granatowej okładce z pozłacanym godłem, wydany już przez władze Republiki Kosowa). Ostatni raz w naszym kraju był w latach osiemdziesiątych, ma w Polsce przyjaciół. Mimo że nie utrzymuje z nimi zażyłych kontaktów, język polski pamięta w stopniu zadziwiającym. Czasami gubi słowa, ale szybko je sobie przypomina. Ma pewne kłopoty z wymową, mam wrażenie, że także ze zrozumieniem, ale nie komplikuje nam to komunikacji w zasadniczy sposób. Rozmawiamy szybko, aktywnie, wręcz łapczywie, wiedząc, że nigdy więcej się nie spotkamy…

Byłem w Krakowie jeszcze  gdy Karol Wojtyła był tam arcybiskupem. Mój przyjaciel zaprowadził mnie do niego po jednej z mszy. (Ja jestem katolikiem.) Przedstawił mnie jako znajomego z Kosowa. Kto wtedy słyszał o Kosowie?! I wtedy stała się rzecz bardzo dla mnie dziwna. Przyszły papież uśmiechnął się i wymienił ze mną kilka zdań. Wojtyła mówił do mnie… po albańsku!

Później zapewniał mnie:

Bardzo dobrze myślę o Polsce. Dobrze chcę dla Polski.

Xhafer też jest cukrzykiem. Kiedy na postoju, już po wyjeździe z Kukës, zamówiliśmy na kolację tradycyjną kosowską pleskavicę (wołowina z warzywami) przepołowił dołączoną bułkę na dwie części i jej wnętrzem pieczołowicie wycierał pozostały na mięsie tłuszcz. Ten jego obraz najbardziej utkwił mi w pamięci. Pożegnaliśmy się w Prizren, tam Xhafer wysiadał.

W Kosowie autobus zwolnił, tam autostrady jeszcze nie ma. Wszyscy oczekują na przedłużenie tej albańskiej do Prisztiny, co już na dobre scali dwa organizmy państwowe, niegdyś rozłączone przez los.

Premier Kosowa, Hashim Thaci mimo wcześniejszych zapowiedzi nie pojawił się na uroczystości otwarcia drogi ze względu na napięty terminarz i wizytę w Stanach Zjednoczonych.

Reklamy