Tagi

, , , ,

Z niemałym zdziwieniem przysłuchiwałem się kilka dni temu debacie politologów, która toczyła się w jednej ze stacji radiowych krótko po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. Przypomnę, że Trybunał uznał JOW w wyborach do Senatu za zgodne z Konstytucją. Zdziwienie miało swoje źródło w tym, że po teoretykach systemu wyborczego spodziewałem się raczej apologii wyborów większościowych, aniżeli totalnej krytyki. Politolodzy, m.in. Radosław Markowski (dziś w „Wyborczej” ukazał się także wywiad: wyborcza.pl/1,75248,9988619,Prof__Markowski__Zle_jednomandatowe_okregi.html), nie pozostawili na tym pomyśle suchej nitki i stwierdzili, że rządzącej partii na pewno nie przyniesie nic dobrego. Z wygłoszonych tez zgadzam się z jedną: jednomandatowe okręgi przyniosłyby więcej pożytku w wyborach do Sejmu, gdzie wybory większościowe byłyby szansą na zredukowanie liczby reprezentowanych partii (obecne cztery to wyjątkowe błogosławieństwo, ale któż zagwarantuje, że w kolejnej kadencji nie będzie ich sześć czy siedem?), uformowanie się stabilnej większości i wyłonienie w każdym okręgu autentycznych, rozpoznawalnych i – co najważniejsze – „rozliczalnych”, bo nieanonimowych liderów. Wybory proporcjonalne z kolei charakteryzują się kompletną anonimowością, a w Sejmie znajduje się w znacznej mierze bezimienna głosująca masa.

Abstrahując od pytania, czy Senat w obecnej formie jest w ogóle pożyteczny i potrzebny, z mojej perspektywy i według logiki, którą się kieruję – jednomandatowe okręgi wyborcze są zawsze rozwiązniem korzystnym. Prof. Markowski ubolewa, że nawet w przypadku małej różnicy głosów, zwycięzca weźmie wszystko, a przegrany odejdzie z kwitkiem. Trudno – taka jest polityka. W imię politycznej ekonomiki należy się na to zgodzić. A przy okazji być może wyborcy wreszcie przekonają się, że ich głos naprawdę coś znaczy – skoro tyle może zmienić. Rozkład sił w parlamencie w następstwie Wyborów większościowych nie odzwierciedla preferencji społeczeństwa, ale – powtórzę się – zapewnia stabilizację i możliwość (zazwyczaj – bo jako kontrargument można przytoczyć zeszłoroczny powyborczy pat w Wielkiej Brytanii) swobodnego działania tym, którzy w głosowaniu zwyciężyli. Przez to wybory większościowe stanowią rozwiązanie pragmatyczne i nastawione na sprawność rządów, aniżeli na realizację na wskroś romantycznego postulatu pełnej reprezentatywności organów kolegialnych państwa.

Dla zainteresowanych, znacznie szerszą argumentację na rzecz wyborów większościowych przedstawiłem w pracy: „Electoral System in 2025: Diagnosis and Change Principles„.