Tagi

, , , , ,

Nie przestaje zadziwiać mnie stopień (nie)dopasowania różnych instytucji w Polsce do wyzwań i potrzeb wolnego rynku. Czego chyba wszyscy mamy świadomość, wiele jednostek państwowych w naszym kraju ma wciąż więcej wspólnego z systemem nakładczo-rozdzielczym niż kapitalistyczną wolną konkurencją. Od kilku dni doświadczam tegoż na własnej skórze, próbując zaszczepić się przeciwko durowi brzusznemu.

W Warszawie są zasadniczo dwa miejsca, w których można poddać się szczepieniom przeciw chorobom tropikalnym. To Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna i Szpital Zakaźny przy ul. Wolskiej. Obie mają bardzo „przyjazne” (trudno nie powiedzieć tego z przekąsem) godziny otwarcia. Punkt szczepień w sanepidzie jest czynny od 15:00 do 19:30 (przy czym wczoraj na przykład kolejka została zamknięta o 17:00 ze względu na rzesze chętnych), a punkt przy ul. Wolskiej od 10:00 do 14:00 – a i to bardzo być może, bo na stronach internetowych szpitala próżno szukać jakichkolwiek wskazówek. Rezerwacji terminów oczywiście nie ma, bo i po co. Lepiej, żeby petenci (bo nie powiem pacjenci) walczyli o miejsce w kolejce. Wolny czas nie jest przecież dobrem rzadkim – każdy ma go w nadmiarze i gotów jest zawsze poświęcić odrobinę na ołtarzu nieefektywności, pielęgnując pieczołowicie narodową cechę polskich instytucji publicznych – bylejakość. To już nie tyle arynkowe, co antyrynkowe. A wszystko po to by pracownicy sanepidu mogli później błyszczeć w mediach, wypowiadając się, jak wiele to mają pracy, jak odpowiedzialną rolę pełnią i jak odpowiedzialni są synowie polskiej ziemi, hordami przychodząc się do nich zaszczepić przed daleką podróżą.

Warszawa jest miastem dwumilionowym. Trzeba założyć, że część osób przychodzi do sanepidu po zwykłe, „nieegzotyczne” szczepionki. Przy maksymalnej przepustowości wynoszącej 35 osób dziennie (na miejscu jest jedna lekarka) i zakładając, że część osób zaszczepi się w szpitalu, można oszacować że w całej stolicy w ciągu wakacji – najbardziej newralgicznego okresu – zaszczepi się ok. 1500 osób. Żałosna liczba, biorąc pod uwagę zapotrzebowania – wakacyjne cele warszawiaków są przecież coraz bardziej finezyjne, a – jeszcze bardziej urealniając założenia – trzeba by do grona klientów doliczyć także osoby z innych okolicznych miast, bo najbliższy punkt ze szczepionkami tropikalnymi znajduje się pewnie w Radomiu albo w Siedlcach. Trudno o bardziej wyraziste niedopasowanie popytu i podaży. Petenci w sanepidzie przy Żelaznej nie mieszczą się na korytarzu, ale ci, którym udało się dostać do kolejki i odstać w niej jakieś dwie godziny, mogą być szczęśliwi – wielu jest bowiem odsyłanych z kwitkiem. Co ma zrobić ktoś, kto nie ma szczęścia kończyć pracy o 16:00. Podpowiadam: jeśli rynek jest efektywny, powinien „wypluć” instytucję kolejkowych „staczy”. Wymaganiem dla zaistnienia rynku efektywnego jest jednak doskonały dostęp do wiarygodnej informacji. I nie ukrywam, że ta notka służy temu, by o stanie rynku (dodajmy, monopolistycznego) tropikalnych szczepionek dowiedzieli się wszyscy.