Tagi

, , , , , , ,

Do exposé Donalda Tuska mam stosunek ambiwalentny. Politycznie bardzo dobre, merytorycznie konkretne, ale w przełożeniu na rzeczywistość wciąż zbyt ostrożne. Mimo, że największą wagę zawsze powinno się przykładać do kwestii gospodarczych, nie podobała mi się monotematyczność wystąpienia premiera. O planowanych ruchach w resortach niegospodarczych usłyszeliśmy niewiele, jeśli nie liczyć kilku mentorskich wstawek o krzyżu i miejscu Polski w Europie. Rząd chce przedsięwziąć odważne reformy, ale nie podzielam entuzjazmu części komentatorów, którzy przemówieniu Tuska nadają status rewolucyjnego. I nie chodzi bynajmniej o wyrażenie z mojej strony pewnego memento, że zapowiedzi z exposé nigdy w stu procentach nie przekładają się na realne działanie.

Tusk zamienia politykę małych kroków, którą (chyba nawet z pewną dumą) forsował do tej pory, na politykę półśrodków. Owszem, przyrównując zaprezentowane w piątek propozycje do tego, co działo się przez ostatnie cztery lata, zauważamy znaczny postęp. Ale potencjał kryzysu, jako okresu idealnego do gruntownych, strukturalnych reform, pozostanie najwyraźniej niewykorzystany. Planowane kroki nie usprawnią machiny państwa. Wszak nawet po urzeczywistnieniu zapowiedzianych przedsięwzięć, system emerytalny pozostanie ułomny i niezbilansowany, koszty pracy wysokie, pomoc społeczna niesprawiedliwa, system podatkowy skomplikowany, a sam pobór podatków drogi. Zmiany mają więc charakter fragmentaryczny, działają na relatywnie wąskich odcinkach wymienionych polityk, a do tego dotyczą zmian kwot, procentów, stawek, progów, ale nie systemu!

Decyzja o stopniowym podwyższaniu wieku emerytalnego jest naturalnie bardzo zręczna – ogranicza ryzyko wybuchu społecznego niezadowolenia i buduje zaufanie do państwa jako organizacji przewidywalnej i odpowiedzialnej. Tak powinno się wprowadzać reformy. Można oczywiście dyskutować, czy perspektywy 2020 i 2040 roku, kiedy to zaczną w pełni obowiązywać nowe regulacje, nie są zbyt odległe. Wydaje się, że taki, w istocie ostrożny, wzrost wieku emerytalnego może okazać się dalece niewystarczający w 2040 roku, jeśli średnia długość życia na emeryturze znacznie w międzyczasie wzrośnie. W tej sprawie bulwersują natomiast przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwsza, rząd bohatersko podejmuje się sanacji systemu emerytalnego po niedawnym jego demontażu (zamach na OFE). Syndrom strażaka-podpalacza? Druga, w związku ze wspomnianym demontażem, nie wiem na jakiej podstawie Tusk obiecuje przyszłym emerytom o x% większe świadczenia wynikające z wydłużonego czasu pracy. Cudowne rozmnożenie na „kontach” ZUS? To czysty miraż.

Żeby nie było tak gorzko, pochwały należą się Tuskowi za krok w kierunku ograniczenia przywilejów emerytalnych służb mundurowych. Na plus należy zapisać również decyzję o, na razie tymczasowej, kwotowej waloryzacji emerytur, zamiast dotychczasowej procentowej. Dobrym posunięciem jest także stopniowe wyłączanie bogatszych rolników z KRUS-u.

Propozycja ograniczenia ulg, owszem, przyniesie korzyści dla budżetu, ale dodatkowo skomplikuje system podatkowy. Kolejny raz nie doczekaliśmy się decyzji politycznej dotyczącej całkowitej likwidacji ulg, co doprowadziłoby do uproszczenia systemu podatkowego i otworzyłoby drogę na przykład do obniżenia stawki podatkowej PIT. Najwidoczniej, niektórzy ekonomiści nadal mają kłopoty ze zrozumieniem, że narzędziem redystrybucji dochodu narodowego jest nie system podatkowy, a system opieki społecznej. Daniny publiczne są w Polsce ściągane drogo, nieefektywnie, lub nie są ściągane w ogóle (szara strefa), a trud orientowania się w gąszczu podatkowych przepisów pochłania cenną energię obywateli.

Najbardziej zniechęca mnie do exposé jednak coś innego – wzrost składki rentowej o 2 pkt. proc. Premier stwierdził, że przedsiębiorstwa i tak nie inwestują, więc mogą bez uszczerbku płacić wyższą składkę. To najbardziej jaskrawy przykład posunięcia zupełnie sprzecznego z oczekiwaniami rynku. Priorytetem kolejnych rządów, zresztą od wielu lat, powinno być ograniczanie kosztów zatrudnienia, co jest główną i bezpośrednią przyczyną wysokiego bezrobocia. Tymczasem, Tusk decyduje się ten już i tak horrendalnie wysoki klin podatkowy zwiększyć.

Nie usłyszeliśmy zbyt wiele o optymalizacji wydawania pieniędzy na pomoc społeczną. To obszar, gdzie do ugrania jest, lekko licząc, kilka miliardów złotych. Wygląda więc na to, że hojny strumień publicznych pieniędzy przez kolejne cztery lata będzie nadal płynął do osób, które tego zastrzyku finansowego kompletnie nie potrzebują.

Nic albo bardzo niewiele zostało powiedziane o deregulacji, wspieraniu innowacyjności i nauce, wspieraniu ożywienia w sektorze mikroprzedsiębiorstw, polityce proimigracyjnej, dokończeniu prywatyzacji, walce z bezrobociem wśród młodych ludzi, nawet o infrastrukturze czy sądownictwie (poza elektroniczną administracją).

Jakie nadzieje można wiązać z drugim rządem Donalda Tuska? Biorąc pod uwagę niekorzystne prognostyki, do których zaliczam między innymi unik przed koalicją z reformatorskim Ruchem Palikota, brak silnej i merytorycznej opozycji, słaby skład personalny gabinetu, prawdopodobnie nadal wysoki, rozleniwiający i usypiający strumień unijnych pieniędzy na lata 2014-2020, można sądzić, że w sferze strukturalnej zmieni się niewiele. Jedyna nadzieja na przebudzenie i większą ambicję rządzących leży w rozprzestrzenieniu się w Polsce – tym razem na poważnie – zjawisk związanych z kryzysem gospodarczym. Takich życzeń wolę jednak mimo wszystko nie wypowiadać.