Tagi

, , , , , , ,

Im dłużej przetrawiam swoją piątkową mękę przed telewizorem, tym większy niesmak czuję w związku z losowaniem grup przyszłorocznych Mistrzostw Europy, które odbędą się w Polsce i na Ukrainie. Dziwi mnie powszechna w społeczeństwie radość z wylosowania łatwej grupy. Owszem, jest ona łatwa, ale jakby dodał pospiesznie minister Rostowski – tylko RELATYWNIE. Po raz kolejny empiria dowodzi, że mamy jako naród (wyłączając na chwilę z tej kategorii piłkarskich analfabetów, którzy o losowaniu być może nie słyszeli) bardzo krótką pamięć. Grupa z Ekwadorem i Kostaryką, pięć lat temu na Mistrzostwach Świata w Niemczech, była jeszcze łatwiejsza, a – zdążyliśmy już to najwidoczniej wyprzeć z pamięci – odpadliśmy z kretesem z dalszych gier. Pisze o tym dość obszernie Rafał Stec.

Poza meczem z Rosją, którego atrakcyjność tkwi raczej w kontekstach politycznych aniżeli piłkarskich, pozostałe starcia – z Grecją i Republiką Czeską – na papierze zapowiadają się jako dania nudne jak flaki z olejem. Gdyby nie status meczu otwarcia, potyczki Polski i Grecji, dwóch najsłabszych drużyn EURO 2008, nie obejrzałby w Europie pies z kulawą nogą. Można też podejrzewać, że w ostatniej kolejce rundy grupowej, światowe telewizje chętniej pokażą mecz Rosja-Grecja, niż rozgrywaną równolegle lokalną bitkę Polski (tym bardziej, jeśli to będzie dla niej tylko bój o honor) z jej południowymi sąsiadami.

Trudno czynić komukolwiek wyrzuty, bo na wynik losowania nikt (nawet, trzeba to przyznać, nawet PZPN) nie miał wpływu. Można utyskiwać na los, ale nie ma to większego sensu. Będę więc wciąż narzekać na nielogiczną reakcję kibiców. Owszem, radość z wylosowania teoretycznie najłatwiejszej grupy można zrozumieć – jeżeli ktoś jest optymistą. Dla mnie szanse Polski na wyjście z grupy wzrosły jednak nieproporcjonalnie w stosunku do ryzyka kompromitacji, czyli zajęcia miejsca niepremiowanego awansem. W mojej opinii, na idealny komplet grupowych rywali składały się drużyny Anglii, Portugalii i Francji. Z jednej strony, bardzo atrakcyjne marketingowo, z drugiej – sportowo do przejścia. To już jednak w tej chwili niewiele wnoszące dywagacje.

To co martwi wszak bardziej, to wymierne korzyści ekonomiczne z losowania. Na tej niwie, niestety bardziej zyskała Ukraina, która będzie u siebie gościć takich tuzów europejskiego futbolu jak reprezentacje Niemiec, Holandii, Anglii, Francji, Szwecji i Danii, toteż może liczyć również na przybycie kibiców z nieco zasobniejszymi portfelami. Z grona PIIGS-ów (pejoratywny akronim utworzony z pierwszych liter nazw krajów o najbardziej chwiejnych ostatnio gospodarkach), na Ukrainie zagra tylko Portugalia – ale i w tym przypadku kibice będą mieć przyjemność z podziwiania nad Dniestrem swego bożyszczego, CR7. Pozostałe „świnie”, Włochy, Irlandia, Grecja i Hiszpania, zagrają w Polsce. Razem z relatywnie biedniejszymi Rosjanami, Chorwatami i Czechami.

Pocieszenie? Zdecydowana większość z teamów narodowych szykuje się do zamieszkania w czasie turnieju w Polsce. Przynajmniej jak na razie, bo po wynikach losowania, swoje bazy zmieniają Skandynawowie – najpierw Szwedzi ogłosili, że przenoszą się pod Kijów, dziś na myśl o tysiąckilometrowych podróżach „wymiękli” Duńczycy. Pytanie, gdzie zadomowi się większość kibiców? Czy przyjedzie za reprezentacją, czy tam, gdzie rozlokowane są stadiony? Oczywiście, szczęśliwcy, którzy mają bilety na przyszłoroczne finały, nie będą się długo zastanawiać. Wydaje się jednak, że większość zaszczytu posiadania kart wstępu na stadiony nie dostąpi i atmosferą turnieju rozkoszować się będzie w strefach kibica. Inaczej bonusy wizerunkowe, związane z organizacją tak wielkiej imprezy, znacznie się z perspektywy Polski skurczą. Obywatele peryferyjnych Chorwacji czy Irlandii, albo stawianej w stan upadłości Grecji, mogą nie być odpowiednio podatni na uroki oferowane przez nasz kraj nadwiślański. I nie chodzi tu wcale o kwestie finansowe (jeżeli ktoś już przyjeżdża na turniej, to najpewniej nie z pustą portmonetką), ale o długofalowe czerpanie przez Polskę z pożytków wizerunkowych. Chorwacja i Grecja to po prostu kraje małe, „eksportujące” raczej niewielu turystów. Nic dziwnego. Do spółki z Włochami i Hiszpanią tworzą ścisłą europejską czołówkę przemysłu wypoczynkowego. Tym samym, nie należy się spodziewać, by śródziemnomorscy goście padli na kolana na widok Bałtyku, czy ugięli w pokorze kark pod wrocławskim pręgierzem.