Tagi

, , , , , ,

Moja edukacja ekonomiczna rozpoczęła się dosyć wcześnie. Dokonując akumulacji pierwszego poważnego, jak na owe czasy (i mój wiek) kapitału, w kwocie 220 tys. zł (naturalnie, przed denominacją), kupiłem piłkę nożną. Kapitał pochodził głównie z IPO, tj. debiutu w szkole podstawowej i zebranych z tej okazji „prezentów” od rodziny, co zaszło 1 września 1994 roku. Futbolówka kosztowała 165 tys. zł, a więc wydatek pochłonął trzy czwarte mojego ówczesnego majątku. Inwestycja w kategoriach finansowych się nie zwróciła, bo nie zostałem wielkim piłkarzem, ale co się nagrałem tą piłką (była ładna, z motywami nawiązującymi do MŚ w USA) – to moje. Później, dokonując różnych inwestycji, bądź samodzielnie (chipsy i batoniki), bądź przez inwestorów instytucjonalnych (rodziców), gospodarowałem rzadkimi zasobami, z mniejszym lub większym rozsądkiem. Operując przenośnią, sprzyjało mi znikome ryzyko polityczne (troskliwy nadzór rodziców), szeroko dostępna pomoc publiczna (finansowanie etapowe ze strony rodziców) i stabilna stopa zwrotu (zapewniana przez konserwatywnego regulatora – rodziców). Ech, monotonia… Ale skuteczna.

Rozpisuję się o tym i powracam do zarania mojego cash managementu, aby uświadomić sobie, jak człowiek zarządza pieniędzmi na podstawie samej tylko intuicji, bez przygotowania ekonomicznego. Teraz już wiem, że nie wolno inwestować 75% kapitału w jeden instrument (w moim przypadku była to wspomniana piłka), bo to hazard. Ale wówczas owa intuicja nie zadziałała, co sugeruje, że homo oeconomicus to nie korzeń człowieczeństwa, z którego się wyrasta, ale pewien gatunek, w który się „wrasta” wraz z doświadczeniem. Owszem, z wykresami giełdowymi byłem za pan brat od dzieciństwa, nie do końca wszak byłem świadomy ich znaczenia. Zasłyszane w telewizji pojęcie „nierentowna firma” przez długi czas tłumaczyłem sobie zakład będący w tak fatalnej sytuacji finansowej, że jego pracownicy po zaprzestaniu pracy w nim nie będą mogli otrzymać… renty. Umysł dziecka przyjmie wszystko.

Przedmiot zatytułowany „Podstawy przedsiębiorczości” pojawia się w szkole średniej. Przy czym określenie „pojawia się” jest tutaj bardzo na miejscu. W moim przypadku wykładał go geograf, w innych, które znam – chemiczka lub pan z łapanki. Brakuje jeszcze siostry zakonnej i fryzjerki, ale jestem pewien, że jak nasz kraj długi i szeroki, i takie przypadki musiały się zdarzyć. Z zajęć nie wyniosłem dosłownie nic. W wieku 19 lat moją podstawową kompetencją społeczną w zakresie nauk ekonomicznych była umiejętność wypełnienia PIT-a. Dla porządku, nabyłem ją w gimnazjum na wiedzy o społeczeństwie, a nie w liceum na podstawach przedsiębiorczości.

Zastrzegam – nie wiem, czy od „moich czasów” (6-8 lat temu) coś się zmieniło. W każdym razie, dowiem się. Ale nic dziwnego, że wielkim szokiem i przełomem okazały się dla mnie pierwsze zajęcia na studiach ekonomicznych – mikroekonomia. Pojęcie maksymalizacji użyteczności, krzywe popytu i podaży, elastyczności, przychody ze skali, malejąca użyteczność krańcowa… To wywraca sposób myślenia, filozofię myślenia o finansach, do góry nogami. Ale przecież nie tylko o finansach w ścisłym znaczeniu! Narzędzia stosowane w ekonomii i logika, jaką ta nauka się posługuje, dają fantastyczny warsztat, otwierają możliwości na wielu polach badawczych. Rację miał F. A. Hayek, gdy mówił, że ekonomia to nie jakaś bliżej nieokreślona „rzecz”. Ekonomia to my, ekonomia jest w nas – i nie da się jej ująć jako nauki w granice, ramy czy skrępować jej innego typu sztucznymi więzami. I w tym tkwi piękno tej dziedziny wiedzy. Bardzo chciałbym, aby wśród dzieci i młodzieży jak najwcześniej wzbudzać zainteresowanie tą dyscypliną, tym bardziej, że zetknie się z nią siłą rzeczy każdy, a niewiedza może drogo kosztować – i dosłownie, i w przenośni.

Jako postscriptum mogę napisać, że po 1994 roku nabyłem jeszcze kilka piłek. Niektóre kosztowały więcej, niektóre mniej niż ówczesne 165 tys. zł. Ale żadna już nie sprawiła mi tyle radości, co ta pierwsza. Cóż – czytelny dowód na prawdziwość prawa malejącej użyteczności krańcowej!