Tagi

, , , , , , , ,

Wszystko w nadmiarze szkodzi. Liberalne myślenie także. Tym bardziej, że liberalne myślenie – inaczej niż się powszechnie sądzi – może mieć niewiele wspólnego z naukowym czy gospodarczym liberalizmem (rozumianym na przykład jako umiłowanie wolności i minimalizacja roli państwa), a tym samym z racjonalnością. Redukując ten wywód logiczny, można powiedzieć tak: ci, którzy obnoszą się ze swoim „otwartym” umysłem, lansując liberalne koncepcje, mogą być jednocześnie na bakier z rozumem.

Po tym przydługim wstępie, zaprezentuję na krótkim przykładzie, jak może działać taki mechanizm. Dzisiaj chyba powinienem napisać o marihuanie, bo jesteśmy świeżo po próbie Janusza Palikota zapalenia w Sejmie jointa. Ale napiszę o innym pomyśle środowisk lewicowych – refundacji in vitro.

Sama ustawa bioetyczna, regulująca procedury wykonywania zapłodnienia in vitro, jest naturalnie potrzebna i to od dawna. Problemem pozostaje natomiast sposób finansowania tej procedury i czy budżet państwa w jakikolwiek sposób powinien się do tego dokładać. Co bardziej lewicowe środowiska ochoczo tej koncepcji przyklaskują i piszą pod nią ustawy. Najgłośniej o sprawie było pod koniec listopada, gdy do walki o in vitro i jego refundację stanęła Wanda Nowicka z Ruchu Palikota oraz niezależnie od siebie Marek Balicki i Joanna Senyszyn z SLD (Onet.plKAI).

W istocie, kwestia uregulowania in vitro z poszanowaniem etyki i w duchu liberalnym, tj. zapewnienie dostępności tej metody leczenia bezpłodności i budowa społecznej akceptacji dla tej formy prokreacji, a kwestia finansowania tej metody przez państwo, to rzeczy najzupełniej różne. Prawda jest bowiem taka, że dla zapłodnienia in vitro istnieje, może nie perfekcyjny, ale jednak bliski substytut – adopcja. Co więcej, jest to substytut niosący znacznie większe korzyści społeczne. Mianowicie, już narodzone dziecko, które nie ma na tyle szczęścia, by wychowywać się w normalnej rodzinie, ma szansę na uśmiech losu i prawdziwy dom.

Mając zatem do wyboru posiadanie dziecka w drodze adopcji i posiadanie dziecka w drodze procedury in vitro, jest jasne, że preferowanym przez rząd wyborem, tj. takim, który maksymalizuje „użyteczność” z punktu widzenia społeczeństwa, jest raczej wspieranie adopcji, aniżeli in vitro. Jeżeli dotacje państwa mają pomagać w rozwoju któregoś z tych dwóch hipotetycznych programów, wolę, aby zostały wydane na promowanie adopcji i wsparcie rodzin, które zdecydowały się na ten krok. Wówczas tworzą one bowiem warunki do rozwoju dziecka, które są wielokrotnie korzystniejsze od tych, na które skazani są wychowankowie w domach dziecka.

Owszem, część par z różnych względów nie zechce skorzystać z adopcji. Oczywiście, jest to rzecz, którą należy uszanować. Niemniej jednak, w żaden sposób nie może to usprawiedliwiać udostępniania przyszłym rodzicom publicznych pieniędzy na wybór alternatywnej ścieżki, która – choć również pożyteczna (większy przyrost naturalny to w naszych warunkach błogosławieństwo) – nie powinna otrzymywać wsparcia z funduszy prorodzinnych nieproporcjonalnie większego niż adopcja.

Co należało dowieść. Jak widać, liberalne myślenie niemal zawsze nosi znamiona racjonalności, ale racjonalny osąd musi odbywać się nie na niwie ideologii, ale w drodze obiektywnych przemyśleń.