Tagi

, , , , , , , , , , , ,

W dobie ogólnodostępnego Internetu nie ma już prawie żadnych przesłanek, szczególnie technologicznych, by nie wprowadzić w życie ideałów demokracji bezpośredniej. Sprawnie działający system informatyczny zorganizuje głosowanie internetowe w dowolnej sprawie sto razy szybciej niż aparat państwowy, przy użyciu konwencjonalnych procedur i środków, spłodzi referendum. Pytanie tylko, czy rzeczywiście uśmiecha nam się taki rozrost demokracji, który objąłby swym zasięgiem obszary obywatelskiej niekompetencji. Innymi słowy, czy obywatele mają merytoryczne podstawy by decydować o wszystkim? Czy mamy świadomość, że poprzez uinternetowienie demokracji, sieciowa społeczność (ludzie o bardzo różnej „jakości”) zostałaby zinstytucjonalizowana, zalegitymizowana i wtłoczona w ramy nowego ustroju?

Pomysł wykorzystania Internetu w debacie publicznej ma trzy słabe strony. Pierwsza to wspomniany brak kompetencji szerokich rzesz obywateli do decydowania w wielu sprawach. Przy czym nie uważam również, że kompetencje te posiadają jakiekolwiek gremia polityczne w naszym kraju, bo byłoby to nazbyt optymistyczne stwierdzenie. Druga wada polega na zatrważająco wysokim poziomie trollingu w polskim Internecie, co sprawia, że standard prowadzonych tam dyskusji jest bardzo niski. Trzeci punkt, w oparciu o który można skonstruować krytykę koncepcji internetowej demokracji bezpośredniej, to danie w ten sposób pożywki pokusie, by mechanizmy demokracji przyspieszać i organizować internetowe referenda często i szybko. „Prawdziwy sąd to sąd po latach, czasem – wieki później” – pisał Ryszard Kapuściński w „Lapidarium III”. Nie da się ukryć, że ludzie mają skłonność do podejmowania zbyt pochopnych decyzji, pod wpływem chwili. Podobnie, jak przy innych zastrzeżeniach, także i tu trudno powiedzieć z całą pewnością, że demokracja pośrednia prezentuje się w tym wymiarze dużo lepiej. Najlepszym przykładem, że tak nie jest, była nieopatrzna decyzja władz o pochówku pary prezydenckiej w Grobach Królewskich na Wawelu.

Internet jest przełomem w rozwoju ludzkości, ale też lekcją pokory dla wszystkich zwolenników, którzy żywili co do niego nadzieję, że będzie on inkarnacją greckiej agory, odzwierciedlającej ideały społeczeństwa obywatelskiego. Ja też byłem swego czasu zafascynowany modelem szwajcarskim, gdzie demokracja bezpośrednia osiągnęła swoją najdoskonalszą emanację w świecie nowożytnym. Ale nie jest to model uniwersalny. Specyficzna mikrokultura Szwajcarii pozwoliła na rozwinięcie się takiego systemu, ale nawet dziś niektórzy Helweci nie czują się dobrze z tym, że kobiety uzyskały tu powszechne prawa wyborcze dopiero w 1971 roku, a kilka lat temu zabroniono w drodze referendum budowy minaretów. To samo można powiedzieć o innych szwajcarskich „znakach szczególnych”, tj. najbardziej liberalne na świecie przepisy dotyczące dostępu do broni palnej, czy kwestia neutralności politycznej. Z kolei przed Mistrzostwami Europy w piłce nożnej w 2008 roku, mieszkańcy Zurychu zadecydowali w referendum, że nie chcą budować na tę okoliczność nowego stadionu. W efekcie widzowie tłoczyli się na niezbyt imponującym, lekkoatletycznym trzydziestotysięczniku – Letzigrund.

Fala międzynarodowego oburzenia, jaka przetoczyła się po świecie w następstwie słynnego już referendum w sprawie minaretów, stanowi zresztą ciekawy casus z zakresu nauk politycznych. Okazało się bowiem, że w całej ośmiomilionowej Konfederacji Szwajcarskiej nie znalazł się ani jeden winowajca tego niezbyt poprawnego politycznie werdyktu. Bo znaleźć się nie mógł. Demokracja bezpośrednia zapewnia olbrzymią decentralizację odpowiedzialności (a w zabarwieniu bardziej pejoratywnym, można by mówić o rozmyciu odpowiedzialności) i w kwestiach niepoprawnych politycznie, vide minarety, dowartościowanie anonimowego vox populi może paradoksalnie odpowiadać potrzebom i oczekiwaniom części społeczeństw.

O ile szwajcarskie referenda organizowane są metodą tradycyjną, o tyle Estonia (1,3 mln mieszkańców) śmiało wkroczyła na drogę informatyzacji głosowań. Po raz pierwszy tę możliwość wprowadzono pilotażowo w wyborach lokalnych siedem lat temu. Wówczas amatorów elektronicznego głosowania było mniej niż 10 tys. W wyborach parlamentarnych w 2007 r. e-wyborcy stanowili już 5,5% głosujących (w liczbach bezwzględnych – ponad 30 tys. osób). W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. odsetek e-głosujących wzrósł do 14,7% (ponad 58 tys. osób). W wyborach lokalnych z 2009 roku z e-głosowania skorzystało ponad 104 tys. osób, a w ostatnich wyborach parlamentarnych w 2011 roku – już 24% ogółu, czyli prawie 141 tys. obywateli. Frekwencja wyniosła 63,53% i wykazuje tendencję wzrostową. O takiej Polska może na razie tylko pomarzyć.

Jak bardzo popularność referendów jest pochodną lokalnych tradycji pokazuje przykład Niemiec. Dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Bartosz Wieliński, mówił o tym niedawno, gdy w wywiadzie radiowym poruszył temat przekazania przez Niemcy większych kompetencji na rzecz Brukseli. Proponowano w tej sprawie referendum, ale pomysł ten został jednoznacznie odrzucony. W Niemczech publiczne plebiscyty są dosyć egzotycznym pomysłem, referenda nie są umocowane w niemieckiej konstytucji i zasadniczo nie przeprowadza się ich. Jest to pochodną traumy po czasach hitlerowskich, w trakcie których Führer nader chętnie korzystał z tego instrumentu demokracji bezpośredniej.

Wszystkie te przemyślenia nie świadczą bynajmniej o tym, że nie należy wykorzystywać technologii do usprawnienia procedur tam, gdzie jest to możliwe i nie narusza w drastyczny sposób zakorzenionych w społeczeństwie demokratycznych rytuałów. Na przykład nic nie stoi na przeszkodzie, by technologia wsparła w większym stopniu proces wyborów od strony technicznej. Uczestnictwo w wyborach powszechnych za pomocą domowego połączenia internetowego nie jest niczym nagannym i należy to społeczeństwu umożliwić. Kwestią zasadniczą jest bowiem nie forma głosowania, a – jak już mówiłem – częstotliwość angażowania obywateli w proces podejmowania decyzji. Co innego głosować w cyklach czteroletnich (wybory parlamentarne i wybory samorządowe, gdyż nadal utrzymuję, że wybory prezydenckie powinny być w Polsce pośrednie), co innego co dwa tygodnie na temat wysokości ceł na marchewkę. Jest też rozwiązanie dla osób, które nie posiadają komputera w domu. Umieszczenie pecetów w lokalach wyborczych (przecież i tak każda chyba szkoła w Polsce ma salę informatyczną) pozwoliłoby znacznie ograniczyć koszty organizacji głosowania, m.in. koszty zatrudnienia obwodowych komisji wyborczych, skrócić czas procesowania i opracowywania wyników głosowania oraz podnieść jakość gromadzonych w tym czasie danych demograficznych.