Tagi

, , , , , ,

Raport z październikowo-listopadowej wyprawy do republik Kaukazu Południowego rozpoczynam od Gruzji. Nie jest to pewnie kraj bardziej interesujący od Armenii, a na dodatek (zbyt) popularny ostatnio wśród polskich turystów, ale z uwagi na zachowanie chronologii podróży, najlepiej będzie, jeśli rozpocznę od niego.

Na lotnisku w Tbilisi urzędnik wręczył nam buteleczki młodego kachetyjskiego wina. Pewnie z racji faktu, że przybyliśmy do kraju w okresie winobrania. Mimo wszystko, bardzo miły sposób na przywitanie turystów – w żadnym innym kraju nie spotkałem się z czymś podobnym. Od razu wyobraziłem sobie, jakby to było, gdyby turystów na Okęciu witać małą żubróweczką albo góralskimi kierpcami. Wolałbym jednak, by takie suweniry wręczano przy opuszczaniu państwa, a nie przy wjeździe, bo wino i tak zabraliśmy ze sobą do Polski. Na miejscu czekały bowiem dużo większe atrakcje niż degustacja miniaturowego trunku.

Gruzję odwiedziliśmy zaledwie kilka dni po wyborczym triumfie Bidziny Iwaniszwilego i jego partii Gruzińskie Marzenie w październikowych wyborach parlamentarnych. Człowiek, którego majątek sięga połowy PKB Gruzji, nie miał problemów z pokonaniem stronników wciąż urzędującego prezydenta Saakaszwilego. Był to pierwszy pokojowy transfer władzy w historii tego kraju. Moment zatem historyczny. Miejscowe media pochłonięte były całkowicie analizą obecnej sytuacji politycznej.

Przez większość czasu w Gruzji towarzyszyli nam nasi przewodnicy i kierowcy, a prywatnie nowożeńcy, Kacha i Janis (wbrew pozorom, pierwsze imię jest męskie, a drugie żeńskie). W Tbilisi przywitała nas zaskakująco dobra jak na tę porę roku pogoda, która potem utrzymywała się (z wyjątkiem jednego czy dwóch dni) przez cały nasz wyjazd. Temperatura w ciągu dnia sięgała 20 stopni, a w Batumi nawet 24-26 stopni. Niby listopad, a można było spokojnie się opalać.

Stolica wywiera bardzo korzystne wrażenie. Szczególnie panorama, którą podziwiać można ze wzgórza, na którym znajduje się miejscowa twierdza, prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie. Połączenie nowoczesności (choć zdecydowanie zbyt wyszukanej i napuszonej jak na mój gust) z dość dobrze zachowaną starością, przynajmniej w tych najbardziej reprezentacyjnych częściach miasta. Wiele z futurystycznie wyglądających budynków ma jednego fundatora – wspomnianego miliardera, Bidzinę Iwaniszwilego. Kacha pokazuje palcem to rezydencję bogacza, to odnowiony w imponującym stylu przez Saakaszwilego pałac prezydencki (z czego wyraźnie nie jest zadowolony), to most „always ultra”, wymyślną konstrukcję w kształcie podpaski. Niestety, zwiedzanie Tbilisi, podobnie jak późniejsze zwiedzanie Erywania, przypadło na poniedziałek, co oznacza, że większość muzeów (w tym etnograficzne – na którym najbardziej mi zależało) było zamkniętych.

Tbilisi

Tbilisi

Najlepiej zachowanym (patrząc przez pryzmat zachodnich standardów) zabytkiem Gruzji jest miasto Mccheta. Niemniej jednak, w mojej opinii starożytność i nowoczesna sterylność nie idą ze sobą w parze. Nie jest to może tak samo silny dysonans, jaki odczułem niegdyś w berlińskim Pergamonmuseum, ale jednak. Przechadzając się po starych budowlach, wolałbym trochę więcej „zapachu starości”, aniżeli wymuskanych, przystosowanych dla zachodnich turystów wygód.

Mccheta

Mccheta

Obwożąc się po Kachetii, zahaczyliśmy o kaukaskie Las Vegas, jakim niewątpliwie jest małe miasteczko Signagi. Oprócz niezłego muzeum prac Niko Pirosmaniego, gruzińskiego malarza prymitywisty (à la łemkowski Nikifor), znajduje się tam bowiem działający całą dobę urząd stanu cywilnego. Po spontanicznej decyzji o wzięciu ślubu cywilnego, przebraniu się przy bagażniku auta i zakupie plastikowych obrączek, okazało się, że z ceremonii jednak nici, bo urzędniczka „przypomniała” sobie, że jednak nie jest tłumaczką przysięgłą języka polskiego. O tyle to było ważne, że nasze polskie nazwiska należałoby na dokumencie urzędowym zapisać alfabetem gruzińskim, co w przypadku mojego nazwiska nie było jeszcze takie trudne, ale w przypadku Emilii okazało się problemem nie do przeskoczenia. Niepocieszeni udaliśmy się do rodzinnej wioski naszego przewodnika na tradycyjną gruzińską wieczerzę – suprę.

Było to najbardziej niezwykłe przeżycie, bo supra nosiła wszelkie cechy autentyczności. Pojechaliśmy na kachetyjską wieś, do domu dziadków Kachy. Niestety, zaczęło się od dość przykrego incydentu, bo gdy zajechaliśmy pod dom, lśniła przed nim karetka pogotowia. Okazało się, że babcia naszego przewodnika (mająca zresztą polskie korzenie, bo jej wciąż żyjąca matka, którą również poznaliśmy, urodziła się na Wołyniu) z powodu nadciśnienia musiała poddać się interwencji lekarskiej. Na szczęście wszystko skończyło się szczęśliwie i tylko supra lekko się opóźniła. Wujek Kachy był mistrzem ceremonii (tamadą) i co rusz wznosił toasty z młodego wina. To za miłość, to za przyjaźń, to za gości, to za gospodarzy, to za przyjaźń polsko-gruzińską, to za zmarłego tragicznie Lecha Kaczyńskiego. A wszystko pięknie i kwieciście, nawet w niedoskonałych tłumaczeniu naszego kierowcy, który angielskim władał niewiele lepiej od licealisty po wakacyjnym kursie u metodystów. Każdy toast kończył się zwrotem „gaumardżos”, co po polsku znaczy mniej więcej „na zdrowie”. Cała moja znajomość języka gruzińskiego ogranicza się do tego jednego słowa. Jakieś 2,5 litra wina, które wypiliśmy na głowę, odbiło się oczywiście negatywnie na porannym wstawaniu i czasie rozpoczęcia podróży powrotnej ze wschodnich rubieży kraju.

Na terenie Gruzji znajdują się trzy słynne skalne miasta: David Garedża, Upliscyche i Wardzia. Odwiedziliśmy je wszystkie, co było chyba lekką nadgorliwością (nasi gruzińscy przewodnicy niektóre z nich widzieli po raz pierwszy w życiu). Najlepiej zachowane (tj. dopieszczone funduszami UNESCO), choć najstarsze ze wszystkich, jest Upliscyche…

Upliscyche

Upliscyche

… najbardziej malownicze (i w zasadzie niestarożytne, bo pochodzące z XII wieku) to Wardzia, która w czasach swojej świetności mogła dać schronienie nawet 60 tys. mieszkańców…

Wardzia

Wardzia

… a najtrudniej dostępne – Dawid Garedża z VI wieku. Niestety to ostatnie, zlokalizowane iście po eremicku, niedaleko granicy z Azerbejdżanem (komórki już zmieniły sieć), było w trakcie naszej wizyty częściowo zamknięte, przez co nie mogliśmy go w pełni podziwiać. Dawid Garedża jest obiektem sporu granicznego między Gruzją a Azerbejdżanem, gdyż część kompleksu leży rzekomo już po azerbejdżańskiej stronie granicy. Niemniej jednak, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Gruzja i Azerbejdżan to kraje najlepiej dogadujące się na Kaukazie i to mimo (a może właśnie dzięki) odmienności religijnej (chrześcijańska Gruzja, muzułmański Azerbejdżan). Jak na kaukaskie warunki, relacja między obu narodami, wyłączając wspomniany spór graniczny, jest wzorcowa. Inaczej ma się rzecz na linii azerbejdżańsko-ormiańskiej (brak jakichkolwiek kontaktów dyplomatycznych w wyniku długotrwałego konfliktu o Górski Karabach) oraz gruzińsko-ormiańskiej (spory zarówno na niwie kulturowo-religijnej, jak i politycznej – Gruzji nie jest po drodze z nieprzyzwoicie wręcz prorosyjską Armenią). Kacha w rozmowach nigdy nie przyznał Armenii prymatowi w jakiejkolwiek sprawie, nawet oczywistej. Jak na przykład w tej, że Apostolski Kościół Ormiański (założony ok. 314 roku) jest starszy niż Gruziński Kościół Prawosławny i Apostolski (chrześcijaństwo uzyskało status religii państwowej w Gruzji w 317 r.). Armenia i Gruzja to dwa najstarsze schrystianizowane państwa świata, a oba kościoły powstały na długo przed tym, jak świat zachodni wymyślił „prymat Rzymu” i tym samym funkcjonują one w oderwaniu od kościoła rzymskiego.

Mimo niezbyt dogodnej lokalizacji, warto było jednak udać się tam, bo po odbiciu z głównej drogi, trasa tam wiedzie przez półpustynny teren. Przez około dwie godziny przejeżdża się tylko przez jedną wioskę – Udabno – zamieszkałą przez przesiedleńców z górzystej Swanetii.

Droga do Dawid Garedża

Droga do Dawid Garedża

Droga do Dawid Garedża

Czasami na drodze zdarzają się jeszcze stada owiec, pędzone przez pasterzy. Z punktu widzenia Polaka – totalna egzotyka, w Gruzji to normalny widok:

Osobny paragraf należy się muzeum Stalina w Gori. Miejsce urodzenia zbrodniczego przywódcy ZSRR to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie kult Stalina jest wciąż żywy. Trudno rozmawiać w Gruzji o Soso, czasami nawet bałem się rozpoczynać ten temat. Lepiej nie usłyszeć zbyt wiele, by się nie zawieść. Chciałbym wierzyć, że to wszystko na niby, taka ustawiana gra dla picu, dla przyciągnięcia turystów. Niestety, chyba tak nie jest, a mit Stalina siedzi głęboko w gruzińskiej mentalności. Pieczołowitość i powaga pań zatrudnionych w muzeum mówi sama za siebie, w Gruzji brakuje dystansu do osoby Stalina. Wydaje się, że staliniści w Gruzji to głównie osoby starsze i problem może zostać w przyszłości rozwiązany poprzez biologię, ale jednak z takimi demonami nigdy nic nie wiadomo. Wojciech Górecki pisze w książce „Toast za przodków”, że często w czasie supry pojawiają się toasty za Stalina. Reportażysta brał także udział w realizacji filmu „Boskość J. W. Stalina w świetle najnowszych badań”, którego niestety nie udało mi się obejrzeć. Można jednak znaleźć w Internecie jeden ze wstrząsających odcinków emitowanej niegdyś w TVP audycji „Szerokie tory”, poświęcony między innymi właśnie wciąż żywemu kultowi ludobójcy. Na szczęście, w naszym przypadku w czasie supry pominięto ten wątek.

Na zdjęciu poniżej kibel, w którym załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne towarzysz Stalin w trakcie krótkiego, acz owocnego pobytu w Jałcie.

Toaleta Stalina w wagonie, którym udał się na konferencję jałtańską

W drodze z Tbilisi do Gori, po prawej ręce widać miasto przesiedleńców z Osetii Południowej, ewakuowanych z tego rejonu po wybuchu ostatniej wojny. Według opowieści naszych przewodników, miasteczko wzniesiono w ciągu kilku dni. To imponujące, bo prezentuje się wcale nieźle, jest schludne i w niczym nie przypomina „barakowisk”, z jakimi zwykle kojarzą się obozy dla uchodźców.

Najsilniejszą stroną Gruzji jest niewątpliwie smaczna kuchnia. Wiele z zakosztowanych tam potraw próbowałem także w polskich „gruzińskich” restauracjach, ale żadna nie smakowała tak dobrze, jak na Kaukazie. Uniwersalne i tanie chaczapuri („serowy chleb” albo uboga wersja pizzy – jak kto woli) w różnych odmianach, gruzińskie pierogi, czyli chinkali (smaczne, ale nie da się ich zjeść nie brudząc rąk i – w moim wypadku – połowy twarzy), szaszłyki, lobio (na bazie popularnej w tym kraju fasoli), a na deser czurczchela, zwana szumnie „kaukaskim snickersem”, a z wyglądu przypominająca długą kiełbasę i tak też eksponowana na straganach. W tej mozaice nie może oczywiście zabraknąć napojów, czyli najczęściej wina, choć ja osobiście preferuję gruzińskie brandy (np. Sarajishvili). Niezła jest także winogronowa wódka, zwana czaczą. Niestety, prężny niegdyś gruziński przemysł herbaciany (wszyscy chyba pamiętają z piosenki mityczne „herbaciane pola Batumi”) kompletnie podupadł. Gruzja, jak i cały Kaukaz, nie jest niestety krainą piwoszy i o kupieniu smacznego browaru można raczej zapomnieć. Na ewentualnego kaca najlepszym lekarstwem jest słynna na całym świecie woda mineralna Borjomi. Od niedawna wznowiono również jej sprzedaż w Polsce. Niestety, krótko po tej informacji, gruchnęła wieść, że marka przejdzie w ręce rosyjskie, ku rozpaczy chyba każdego, komu woda Borjomi jest bliska.

Gruzińskie jedzenie

Skoro już o Bordżomi (bo woda Borjomi pochodzi z miasta o tej samej nazwie, tj. – spolszczając – Bordżomi)… Miasto kandydowało do organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w 2014 roku. Gdy przyjedzie się na miejsce, wspomnienie tego faktu brzmi jak bardzo ponury dowcip. Jest 1 listopada i niby już po sezonie (przynajmniej letnim), ale wszechogarniająca atmosfera ponurej beznadziei jest trudna do wytrzymania. O ile ujęcie ciepłego źródła znajduje się w głównym parku, o tyle ujęcie wody zimnej jest tragiczne. Należy wspiąć się na skarpę przy rzece, przejść przez kładkę, następnie wzdłuż koryta rzeki – bardzo wąską (a w deszczu – błotnistą) ścieżką. Jak na flagowy produkt miasta, dostęp do niego jest zdecydowanie zbyt trudny.

Dopiero w Bordżomi w pełni zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo rozwinięte u Gruzinów jest leniuchowanie. Była może godzina 10 rano, gdy spacerowaliśmy po mieście. Z trudem udało nam się kupić coś na śniadanie. Ulice były opustoszałe. Wypicie kawy około 11 również nastręczyło pewne trudności – poza tym okazało się, że w kawiarni nie ma… mleka. Na dworcu kolejowym wszystkie okna były zabite dechami. Dramat, i trudno wyobrazić sobie igrzyska olimpijskie rozgrywane w takim miejscu. Jedynym plusem Bordżomi jest naturalnie doskonała lokalizacja pośród górzystych terenów. Jednakże kolejka linowa, jedna z atrakcji bordżomskiego parku, zakończyła swoje działanie z dniem 31 października i 1 listopada nie mogła niestety nas obsłużyć.

Bordżomi

A w pobliskim lesie jedliśmy gumę do żucia z drzewa. Podobno nie umiera się od tego:

Guma do żucia z żywicy

Jeśli jednak Bordżomi ma być symbolem gruzińskiego lenistwa, pozerstwa, przepychu i próżności, to do opisania Batumi zabrakłoby skali. To miasto (?) w niczym nie przypomina jakiegokolwiek miejsca, jakie widziałem do tej pory. To połączenie Las Vegas z przysłowiowym Wąchockiem, przenikanie się najbardziej wyuzdanego Zachodu z najbardziej pocztówkowym i stereotypowym Wschodem, amalgamacja snobistycznej klasy wyższej i zwykłych małomiasteczkowych plebejuszy. Ekscentryczność, przejawiająca się w takich pomysłach jak budowa fontanny wódki (staliśmy przy niej kilkanaście minut i nie poczęstowała nas niestety czaczą – może dlatego, że było już po sezonie), diabelski młyn na dachu drapacza chmur albo hotele stylizowane na amerykańskie Miami Beach. Przy wjeździe do miasta czytamy na wielkim banerze cytat z Donalda Trumpa. Wielki inwestor wita turystów słowami „In five years, Batumi will be the best city in the world”. Z całym szacunkiem dla osiągnięć biznesowych Trumpa, w sprawie Batumi pomylił się i to okrutnie. Mam nadzieję, że za tę blagę zainkasował chociaż porządne pieniądze od władz miasta. No… Chyba, że Donald Trump zainwestuje w rozwój Batumi swoje prywatne pieniądze, o czym zresztą swego czasu było głośno.

Jeśli chcecie w Batumi podziwiać takie widoki…

Batumi

Batumi

Batumi

… wynajmijcie apartament nie dalej niż w promieniu 300 metrów od plaży. 400 metrów od plaży drogi nagle tracą asfalt, a z budynków wyziera postkomuna…

Batumi – rzut beretu od centrum miasta

W Batumi, na plus na pewno zaciszny ogród botaniczny o bogatej tradycji, w którym spędziliśmy prawie pół dnia.

Ogród botaniczny w Batumi

Ogród botaniczny w Batumi

Realia komunistyczne trafiły więc w Gruzji na bardzo podatny grunt. System, który przynajmniej części społeczeństwa pozwalał żyć w wystawnym przepychu, łechtał drzemiącą w tym narodzie próżność, umiłowanie życia ponad stan i potrzebę obdarowywania innych kosztownymi prezentami. Poza paletą negatywnych cech, każdy Gruzin jest bowiem z natury gościnny i życzliwy, czuły na punkcie honoru gospodarza. Należy podkreślić, że ta gościnność wyraźnie odbiega od przysłowiowej polskiej gościnności, o której lubi się przypominać przy wielu okazjach. W Gruzji gościnność jest wartością żywą i praktykowaną, a nie uśpionym od dawna narodowym mitem.

Najzabawniejszym, choć dość irytującym problemem w Gruzji jest poczta. Zakup kartek pocztowych graniczy z cudem, to produkt, który zupełnie się w tym kraju nie przyjął. W Batumi, turystycznej perełce Gruzji, poczciarka sprzedała nam jakieś zakurzone archiwalia z czasów Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Rad. Załączam skan dla celów dowodowych.

Front kartki pocztowej

Tył kartki pocztowej

Samo znalezienie urzędu pocztowego jest wyzwaniem. W Tbilisi szukaliśmy go z Kachą około pół godziny, po czym – nie wpadając na żaden trop – zrezygnowaliśmy. Urzędy często zmieniają adresy i połapanie się w tym jest trudne nawet dla tubylca.

Ostatniego dnia podróży po Kaukazie, wróciliśmy do Tbilisi zrobić ostatnie zakupy i zrelaksować się przed powrotem do kraju. Jednym z symboli miasta są łaźnie. Nazwa stolicy kraju pochodzi zresztą od ciepłych wód. Można powiedzieć, że Tbilisi to po polsku Cieplice. Łaźnie są rozlokowane w bardzo klimatycznych miejscach. Nie są typową atrakcją turystyczną, przeciwnie – przychodzą do nich prawie sami Gruzini. Wszystko tak trochę na pograniczu starodawnej tradycji i komunistycznych naleciałości. Do kąpieli można zamówić sobie dzban gorącej herbaty z cytryną. Z ciekawostek: zdziwiło nas, że łaźnia zaopatruje gości w prześcieradła zamiast ręczników. Okazało się jednak, że są one dużo bardziej efektywne. Tak żebyście wiedzieli, jak to wygląda:

Łaźnia w Tbilisi

Łaźnia w Tbilisi

W jednym z pociągów na naszej trasie podróżowaliśmy w kuszetce z Szotą Iatashvilim, dość znanym gruzińskim poetą. Iatashvili był po solidnej dawce koniaku (kapka ostała mu się jeszcze w butelce, którą dzierżył), ale pewnie tylko dzięki tej odrobinie śmiałości, jaką wyzwala alkohol, był w stanie improwizować trochę po angielsku. Znał osobiście autora książki, którą akurat czytałem (wspomniany „Toast za przodków” Góreckiego). Tłumaczka z sąsiedniego przedziału wystosowała w jego imieniu oświadczenie, po czym położyliśmy się spać. A mnie przypomniała się piosneczka: