Tagi

, , , , ,

Dziwna moda zapanowała ostatnio w internetach. Wszyscy od prawa do lewa zawzięcie krytykują pomysł organizacji w Krakowie zimowych igrzysk olimpijskich w 2022 roku. Hejt porównywalny z nienawiścią do mamy Madzi, pijanych kierowców i sześciolatków w szkołach. Co ciekawe, te głosy to nie kolejny towar eksportowy klanu Gąsieniców z Gubałówki, ani następny po kampanii antygenderowej pomysł Episkopatu. Antyigrzyskowość jest na topie, jest hipsterska, klawa i dobrze się sprzedaje. Zbiorowej demencji dały się ponieść w zasadzie wszystkie grupy społeczne, w tym spora część normalsów. Tylko patrzeć, a ruszy produkcja koszulek, breloczków i… rezystorów (?) z hasłem „nie dla igrzysk”.

Nie zamierzam trwonić słów nad polemiką ze zdaniem babć z ulicy, które czasami wypowiadają się do kamery o zgubnych konsekwencjach wielkopańskich igrzysk. W sprawie mierzi bowiem szczególnie lenistwo intelektualne publicystów. Zamiast zainwestować czas w rozpoznanie tematu, co przynajmniej dla zatrudnionych w mediach opiniotwórczych powinno być dobrą praktyką, większość z nich decyduje się na ślepe schlebianie powszechnej nagonce i marazmowi. W Poranku Radia TOK FM 25 marca br. Renata Kim, Eliza Olczyk i Andrzej Talaga zgodnie opowiedzieli się przeciw pomysłowi organizacji igrzysk w Krakowie. Była to kropla, która przelała czarę goryczy i ostatecznie skłoniła mnie do poświęcenia czasu na napisanie tego tekstu. Szczególnie Renata Kim niesamowicie się zaperzyła. „Wszyscy eksperci, którzy podliczali, ile kosztuje taka impreza, mówią, że koszty zawsze przewyższają zyski [prawdopodobnie red. Kim chodziło o przychody – M.S.]” – perorowała. W dalszej części wypowiedzi szpetnie wyraziła się o politykach obiecujących zyski – kłamcy. Niestety, muszę z pełną świadomością powiedzieć, że to red. Kim jest kłamcą (kłamczynią?). Dziennikarka – gotowa bez mrugnięcia okiem kląć się na wszystkie możliwe autorytety – z całą pewnością nie zapoznała się samodzielnie z ani jednym opracowaniem naukowym czy raportem, a już na pewno nie z takimi artykułami jak te znalezione na szybko przeze mnie:

  • Leopkeya, B., Parenta, M.M. (2012) Olympic Games Legacy: From General Benefits to Sustainable Long-Term Legacy, The International Journal of the History of Sport 29(6), 924-943.
  • Levy, B., Berger, P.D. (2013) On the Financial Advantage of Hosting the Olympics, International Journal of Humanities and Social Science 3(1), 11-20.
  • Rose, A.K., Spiegel, M.M. (2011) The Olympic Effect, Economic Journal 121(553), 652-677.

Nie sięgnęła też po żadne bryki w stylu przeglądu literatury M. Malfasa, E. Theodorakiego i B. Houlihana – Impacts of the Olympic Games as mega-events lub E. Kasimati – Economic aspects and the Summer Olympics: a review of related research. Nie przeszkadzało jej to jednak w sięganiu (mniej więcej w co drugim słowie) po bardzo brzydkie wyrazy: „ściema”, „bajanie”, „bzdura”, „nonsens”. Co tam, ciemny lud to kupi. Przecież brakuje kasy na żłobki.

Rzeczywiście, duża część naukowców słusznie zwraca uwagę, że raporty ex ante mają tendencję do wyolbrzymiania przyszłych korzyści związanych z organizacją wielkiej imprezy. Jest to działanie obliczone na uzyskanie akceptacji politycznej dla dużego projektu i obserwujemy ten proceder również w Polsce. Niemniej, nieprawdą jest stwierdzenie, że korzyści per saldo nie występują. Szczególnie w Polsce z większą pokorą powinniśmy podchodzić do ferowania lekkomyślnych wyroków niepochlebnych dla igrzysk. To my jesteśmy wszak państwem, które dzięki Euro 2012 jako jedyne w Europie uniknęło recesji i to pomimo beznadziejnej polityki gospodarczej prowadzonej przez rząd. Gdyby nie inwestycje realizowane na potrzeby Mistrzostw Europy w piłce nożnej, dołączylibyśmy niechybnie do grona maruderów. Mówimy o wydarzeniach sprzed niespełna dwóch lat. Zbiorowa skleroza?

Swoistym geniuszem błysnął też red. Talaga: „to zawsze jest potworny lobbing firm, na przykład budowlanych. Bo takie firmy zarabiają na budowie obiektów.” Redaktor ma rację. Działać trzeba tak, żeby nikt przypadkiem nie zarobił. Równanie w dół tudzież pielęgnacja status quo jest kwintesencją nowoczesnej polityki gospodarczej. Szybkie googlowanie pokazało, że potwór lobbingu jest podobny do latającego potwora spaghetti i wygląda mniej więcej tak:

Potwor

Źródło obrazu: fronda.pl

Powtórzmy też raz jeszcze, powtarzaną do znudzenia prawdę, że wydatki związane stricte z organizacją igrzysk są relatywnie niewielkie i ograniczają się do kilku (w przypadku imprezy typu Euro 2012) do kilkunastu (w przypadku zimowych igrzysk) miliardów złotych. W odniesieniu do niedawnego Euro 2012 były to koszty budowy czterech stadionów oraz wydatki związane z zabezpieczeniem imprezy. Cała reszta, którą publicyści chętnie doliczają do rachunku imprezy, to inwestycje, które tak czy inaczej by powstały. Dzięki ich wymuszonemu przyspieszeniu, mogliśmy cieszyć się prędzej z efektów. Podobnie jest w przypadku zimowych igrzysk olimpijskich. Nakłady na infrastrukturę sportową osiągną zapewne kwotę trochę wyższą niż przy okazji Euro 2012. Co prawda wystarczy jeden stadion (organizatorzy planują ceremonię otwarcia na istniejącym stadionie Wisły, ale mnie wydaje się to nierealne), ale do wybudowania pozostaje kilka innych obiektów, między innymi okryty ponurą sławą tor saneczkowo-bobslejowy, który – i to akurat święta prawda – nigdy się nikomu nie zwrócił. To nieśmiertelny argument przeciwników igrzysk, którzy będą go powtarzać do końca świata. Ale niestety – tak samo jak nie można nauczyć się pływać, nie zachłystując się raz czy dwa wodą z chlorem, nieznany jest przypadek organizacji igrzysk bez utopienia części funduszy w lodowej rynnie.

Według obecnej wiedzy igrzyska mają kosztować 17 mld zł, z czego jakieś 8 mld to infrastruktura. Pozostaje 9 mld na obiekty sportowe, przy czym organizatorzy przekonują, że część i tak by powstała (znając życie – nie wierzę, ale taka jest oficjalna wersja). Warto pamiętać również, że część inwestycji weźmie na siebie Słowacja, gdzie odbędą się co najmniej konkurencje alpejskie. Ponadto, jest pewne, że krakowskie igrzyska odbędą się pod hasłem oszczędności. Nie ma mowy o dorównaniu poziomem wydatków krajom, które z pieniędzmi się nie liczą (vide Pekin 2008, Soczi 2014). Taki przekaz marketingowy ma szansę okazać się wręcz atrakcyjny, dając szansę na nawiązanie do pierwotnej idei igrzysk. W aurze kryzysu hasło oszczędnej imprezy może stać się nośne.

Swoje trzy grosze do dyskusji dorzucił red. Antoni Bohdanowicz z natemat.pl w artykule „Oto pięć powodów, dlaczego nie powinniśmy ubiegać się o Igrzyska w Krakowie. Powiedzmy temu pomysłowi stop!”.

Red. Bohdanowicz najpierw testuje też wiedzę czytelników, pytając w jakim mieście odbyły się igrzyska w 1994 roku. Lillehammer, to oczywiste. Zakończyły się raczej finansową klapą i do dziś Lillehammer nie jest szczególnie rozpoznawalnym kurortem zimowym. Wszystko prawda. Ale my nie organizujemy igrzysk w Trzebini albo Skawinie (populacja tych miast odpowiada mniej więcej Lillehammer), tylko w Krakowie i Zakopanem, które już teraz mają nie najgorszą rozpoznawalność wśród turystów i – co najważniejsze – potencjał wzrostu. Trudno powiedzieć, na co dwie dekady temu liczyli organizatorzy igrzysk w Norwegii, ale z pewnością po latach poszli po rozum do głowy – w wyścigu o igrzyska w 2022 roku wystawili do boju Oslo, które będzie najgroźniejszym konkurentem historycznej stolicy Polski.

Zdanie „jaki jest sens promowania imprezy, o której nie wiadomo nawet, czy się odbędzie” (red. Bohdanowicz pije do wydatków ponoszonych już teraz na promocję, spoty reklamowe itp.) zdradza kompletną nieznajomość tematu. Rozumiem, że krytykancki rozmach i werwa autora pozwala mu myśleć, że igrzyska to projekt na tyle banalny, że mógłby go rozpisać samemu, pierdząc w tym czasie w fotel i oglądając telenowelę, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Na szczęście MKOl wymaga już na tym etapie kompleksowej dokumentacji, m.in. jasno sformułowanej tzw. strategii  dziedzictwa (ang. legacy strategy), w której aplikant formułuje wizję związaną z post-olimpijskim rozwojem miasta w zakresie: turystyki, obiektów sportowych, rozwoju społeczno-gospodarczego itp. Najwyraźniej, w dobie Internetu są jednak tematy, na które każdy musi się wypowiedzieć, niezależnie od tego, czy ma cokolwiek mądrego do wygenerowania. Ot, modnie jest zaistnieć. Dziś red. Bohdanowicz zagra autorytet w dziedzinie organizacji igrzysk, jutro będzie pisał o żywności genetycznie modyfikowanej, a pojutrze o umowach śmieciowych. „Znajomi mówią, że potrafię coś powiedzieć na każdy temat, więc chyba pasuję do natemat.pl” – głosi opis na profilu blogera i jest wyjątkowo trafny.

Pomysł organizacji referendum, proponowany przez red. Bohdanowicza, jest niewydarzony, gdyż głosowanie nie przyciągnęłoby do urn wymaganych 50 proc. obywateli. Wszyscy to wiemy, ale wszyscy dajemy się od czasu do czasu złapać w sieć magicznego myślenia o dobrodziejstwie referendów. Może przy nakładach promocyjnych równych tym, które wydaje się obecnie na kandydaturę Krakowa (albo chociaż tym, które wydano na promocję referendum akcesyjnego w 2003 roku – tam 50-proc. próg został ledwo-ledwo pobity), miałoby to sens. Ale wówczas z pomocą przychodzi żelazna logika dana nam do ręki przez samego blogera: jaki jest sens finansowania referendum, o którym nie wiadomo nawet czy będzie wiążące? Nie oszukujmy się, polskie społeczeństwo nie dorosło do posługiwania się tym instrumentem demokracji bezpośredniej i szybko się to nie zmieni. Standard wybranych do parlamentu polityków najlepiej świadczy również o raczej marnej jakości decyzji podejmowanych przez ogół obywateli.

Rozczulające jest zakończenie artykułu:

„Nikt na tym nie zyska, poza gronem firm, które wygrają przetargi/zlecenia m.in. na projektach oraz budowie obiektów czy dróg (choć te drugie i bez imprezy powinny powstać)”

Nikt, rzeczywiście. Pan Bohdanowicz zapewne na kursy ekonomiczne uczęszczał do red. Talagi. Mam nadzieję, że egzamin poprawkowy będzie miał miejsce już w jakimś zakładzie zamkniętym. Najpierw jednak trzeba będzie repety z podstaw matematyki, bo z warsztatem arytmetycznym też u blogera nie najlepiej.

A teraz moje autorskie zdanie, które wyrażę krótko, choć nieco manifestowo:

Dzięki igrzyskom, polską przywarę – jaką jest nieuleczalna skłonność do improwizacji – możemy zaprząc do realizacji kolejnych celów cywilizacyjnych. Jesteśmy na co dzień dość miernym narodem, któremu opornie idzie zwykła, rutynowa praca w warunkach „bez batu nad głową”. Jesteśmy jednak również skorzy do mobilizacji w chwilach dziejowych i przełomowych. Odpowiadając red. Bohdanowiczowi w konwencji tytułu jego tekstu – jest 40 milionów powodów do organizacji igrzysk w Krakowie. Są to: nasza polska próżność, zdolność do pracy pod presją czasu, pragnienie sukcesu oraz uznania – coś, co chcąc nie chcąc każdy z nas ma w jakimś stopniu w genach. Praktyka uczy także, że dobre projekty zawsze ogniskują w sobie ponadnormatywną dozę krytyki. Bezrefleksyjna nienawiść do igrzysk, tym bardziej ze strony laików posługujących się bardzo wątłymi i sztampowymi argumentami, powinna nadać projektowi rozpędu, a organizatorom animuszu do dalszej pracy. Będzie on potrzebny. Bo zanim odnajdziemy w naszych wadach to co najlepsze i skanalizujemy swoją energię na konstruktywną pracę, będziemy musieli wszyscy zwalczyć naszą największą bolączkę – krytykanctwo.

Reklamy