Tagi

, , , , , , , , ,

Ruch Autonomii Śląska konsekwentnie domaga się przyznania Górnemu Śląskowi autonomii, zgodnie z jego statusem przedwojennym. Ostatnio głośno było o akcji „Postawili na nas krzyżyk”, która miała zwrócić uwagę na brak długofalowej strategii rządu dla tego regionu. Choć nie jestem Ślązakiem, to jednak jako urodzony i wychowany na Śląsku mam pewne prawo do wypowiedzenia się w temacie, tym bardziej że sprawa nadaje się do umieszczenia w szerszym kontekście.

Opowiadam się za wolnym rynkiem i konkurencją, niezależnie od tego, jakiej sfery ona dotyczy. Nie widzę powodu, aby wolna konkurencja nie mogła zaistnieć w dziedzinie administracji samorządowej. Z tego powodu popieram, a nawet pragnę tym tekstem wzmocnić i rozszerzyć postulaty RAŚ. W niektórych kręgach kwestia działalności Ruchu budzi spore emocje. Mnie nie porusza bardziej niż Klub Przyjaciół Ziemi Goniądzkiej czy Stowarzyszenie Grzybiarzy Amatorów. Po pierwsze – co udowodnię poniżej – postulat autonomizacji regionów nie jest skandaliczny. Po drugie, trudno dyskutować z subiektywnymi przekonaniami i jeżeli ktoś czuje, że jest narodowości śląskiej, to nie sposób mu wmówić, że takiej narodowości nie ma (co uczynił np. Sąd Najwyższy w 2013 roku).

Jerzy Gorzelik, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska, ma nadzieję na autonomię w 2020 roku. Aktywiści stowarzyszenia często nie przebierają w słowach i środkach by nagłośnić swoje żądania.

Jerzy Gorzelik, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska, ma nadzieję na autonomię w 2020 roku. Aktywiści stowarzyszenia często nie przebierają w słowach i środkach by nagłośnić swoje żądania. Źródło fotografii: „Duży Format”, 6 marca 2014 r.

Skupmy się jednak na autonomii. Powszechnie wiadomo, że są „lepsze” i „gorsze” gminy, powiaty, województwa. Wynika to zwykle z czynników dość obiektywnych, np. dostępu do złóż cennego surowca, atrakcyjnej lokalizacji geograficznej (np. przy strategicznym szlaku komunikacyjnym) lub żyznej gleby. Czasami jednak dobrobyt jest rezultatem dobrego zarządzania, trafnych decyzji lokalnej władzy i pracowitości mieszkańców. Powinniśmy promować takie przypadki i pozwolić dobrym zarządcom… stać się jeszcze lepszymi! Cedując więcej obowiązków na władzę samorządową pozwolimy im na wyróżnienie się i wykazanie w większym stopniu niż dotychczas.

Co byłoby główną motywacją i argumentem za federalizacją państwa? Oczywiście dywersyfikacja. Przydaje się wszędzie i w każdej sytuacji. Nie tylko wówczas, gdy rozdzielamy fundusze w naszym portfelu inwestycyjnym na wiele „koszyków” i nie tylko, gdy mówimy o zbalansowanym miksie energetycznym dla zapewnienia bezpieczeństwa strategicznego kraju.

We wszystkich sytuacjach, w których ryzyko popełnienia błędu jest kosztowne, dywersyfikacja będzie właściwą strategią. Wiemy z ostatnich lat, że być może jednym z największych ryzyk naszych czasów jest ryzyko polityczne, regulacyjne i administracyjne, a w trzech słowach: zawodność aparatu państwowego. To politycy stworzyli mechanizm, który wywołał największy kryzys gospodarczy od ćwierćwiecza. Politycy zunifikowali regulacje w strefie euro, tworząc niestabilny system. I tak dalej. Dlaczego mielibyśmy nie pozwolić województwom na ustalanie własnych stawek podatkowych, zarządzanie własnymi szpitalami i szkołami? Może takie podejście wyzwoliłoby w Polakach więcej mobilności i obywatelskości? Może wówczas wybory samorządowe stałyby się rzeczywiście docenione i cieszyłyby się najwyższą frekwencją?

Potrzebujemy różnorodności, która pozwala na testowanie i podglądanie różnych rozwiązań, kopiowanie najlepszych, a porzucanie najsłabszych. Dlatego z takim niepokojem podchodzę np. do pomysłu tzw. „jednego podręcznika”. Całe roczniki dzieci wykształcimy na jedną modłę. Jeśli ta modła okaże się w którymś punkcie niedoskonała, w całej populacji danego rocznika będziemy mieć systematyczny defekt. Władze centralne w Polsce podejmują zbyt wiele arbitralnych decyzji i omiatają swoimi mackami coraz więcej dziedzin życia, a my jako obywatele coraz częściej tracimy kontrolę nad procesem stanowienia prawa. Przeniesienie ośrodków władzy na szczebel lokalny byłoby więc z korzyścią nie tylko dla politycznej i regulacyjnej innowacyjności, ale i dla jakości obywatelskiej kontroli nad urzędami publicznymi, bardzo ważnej w systemie demokracji pośredniej.

Oczywiście podniosą się głosy, że w konsekwencji regionalizacji struktur władzy (a co za tym idzie – także regionalizacji budżetów), niektóre województwa znajdą się w dramatycznej sytuacji finansowej. Teraz mogą jeszcze liczyć na „janosikowe” albo inne transfery solidarnościowe z budżetu centralnego. Cóż, po pierwsze nie wydaje mi się, by rozwarstwienie tempa rozwoju mogło znacząco wzrosnąć w porównaniu ze stanem obecnym. Po drugie, być może reforma byłaby wreszcie impulsem do likwidacji przeludnienia agrarnego w Polsce, czyli problemu nierozwiązanego od zarania dziejów niepodległej Polski (współczynnik urbanizacji w Polsce w 2012 roku wyniósł 60,6 proc. i jest w tendencji spadkowej!). Polskie miasta mają jeszcze duży potencjał absorpcyjny i mogą przyjąć „uchodźców” z przeludnionych agrarnie województw, którzy po zmianie ustroju nie byliby już w stanie tkwić na wsi, generując tam ukryte bezrobocie. Po trzecie, biedniejsze województwa mogłyby sięgnąć po autorskie narzędzia prorozwojowe i np. kusić niższymi podatkami, niższymi kosztami pracy, znośniejszą biurokracją albo sprawnym sądownictwem. Możliwości jest bez liku, a potrzeba sprostania konkurencji uwalnia umysł. Jak to robić świetnie pokazuje malutki amerykański stan Delaware, w którym zarejestrowanych jest większość amerykańskich firm (z czego 65,6 proc. z listy Fortune 500 i 85 proc. spółek wchodzących na giełdę). Można? Oczywiście, że można. W systemie federalnym metody wyróżnienia się są nieograniczone, a zwycięzcy w tej grze zostaną wyłonieni w drodze swoistego darwinizmu. Podczas gdy w Polsce podniecamy się każdą nowo otwartą (lub poszerzoną, lub prolongowaną) specjalną strefą ekonomiczną, być może okazałoby się, że cała Polska może stać się jedną wielką specjalną strefą ekonomiczną i nikomu się przy tym krzywda nie zadzieje.

Ruchy secesjonistyczne pojawiają się nawet w państwach federalnych. Źródło grafiki: reasonstosecede.com.

Ruchy secesjonistyczne pojawiają się nawet w państwach federalnych. Źródło grafiki: reasonstosecede.com.

Proponowane rozwiązanie byłoby też wygodne dla władz centralnych, gdyż zdjęłoby z nich obowiązek troski o  wiele problemów, z których dziś wybronić się nie potrafią. Póki co jednak zasada unitarności państwa jest chroniona art. 3 Konstytucji RP, który mówi: „Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym”. Pozorny brak precyzyjności tego zapisu jest zwodniczy – moim zdaniem tylko zmiana konstytucji może doprowadzić do realnej zmiany ustrojowej, chyba że któraś z opcji politycznych pokusi się o falandyczną interpretację art. 3.

Oczywiście idea federalizacji państwa jest w tym momencie mrzonką, podobnie jak szereg innych sensownych postulatów ustrojowych. Karkołomność realizacji tego pomysłu, polegająca głównie na przeszkodach administracyjnych i politycznych oraz braku tradycji federalistycznych po 1918 roku, sprawia, że na razie możemy zadowolić się tylko rozważaniami teoretycznymi.