Tagi

, , , , , , , , , ,

Nie planowałem wypowiadania się w kwestii rządowego „programu” „Rodzina 500 plus”. Zmieniłem zdanie pod wpływem medialnej sieczki, jaka przetacza się w tej sprawie. W moim otoczeniu nie było, niezależnie od osobistej sytuacji demograficznej, zwolenników tego pomysłu. Ostatnio ze zdziwieniem przekonałem się, że stanowisko wielu osób zmiękcza się, a powielane argumenty są bardzo szkodliwe. Nawet .Nowoczesna Ryszarda Petru, którą uważam za partię stojącą po jasnej stronie mocy w dziedzinie programu gospodarczego, złapała haczyk. Teraz całkiem na serio bierze udział w sejmowych polemikach i medialnych przepychankach dotyczących „Rodziny 500 plus”. O niereformowalnych głupotach nie powinno się dyskutować. Powinno się je eliminować, co też zamierzam uczynić.

Po co nam więcej dzieci?

Celem polityki prorodzinnej jest przede wszystkim wspieranie dzietności. Rzadko być może zadajemy sobie pytanie, dlaczego należy wspierać rozrodczość. Choć może to być oczywiste, warto uświadomić sobie, że w zasadzie jedynym celem całego zamieszania jest potrzeba zapewnienia godziwych emerytur. Polski system emerytalny jest ogromnie uzależniony od demografii. Było tak zawsze, ale po likwidacji OFE (filara kapitałowego w systemie zabezpieczenia emerytalnego) i braku działań wspierających oszczędności w tzw. III filarze, sytuacja jest dramatyczna. Aktualnie brak jest woli politycznej w jakiejkolwiek partii, aby zmniejszyć uzależnienie systemu zabezpieczenia społecznego od demograficznego kagańca. Słowem, jeśli nie zwiększymy dzietności, emerytura wielu Polaków przypominać będzie bardziej jałmużnę niż godziwe świadczenie. Prognozy są na tyle dramatyczne (ludność Polski do 2060 r. może skurczyć się nawet do 32 mln), że nie pomogłoby nawet zamknięcie granic w celu zapobieżenia dalszej emigracji.

ZUS

Źródło: ZUS

Inne motywacje nie mają większego znaczenia. Pewnie niektórzy wskazaliby na konieczność zapewnienia rąk do pracy i podtrzymania wzrostu PKB. Po części wiąże się to z emeryturami, bo nie można polegać na samym tylko wzroście produktywności pracy per capita (praca ta musiałaby być poza tym wysoko opodatkowana, aby zadowolić rosnące grono emerytów). Odpowiedni zasób „siły żywej” jest potrzebny. Akcentowanie tego typu argumentacji wydaje się jednak staromodne i nieadekwatne do nowoczesnych modeli rozwoju gospodarczego. Wraz z powszechną automatyzacją produkcji, optymalizacją procesów i outsourcingiem, znaczenie czynnika ludzkiego w gospodarce maleje. Liczba ludności już dawno przestała definiować potęgę kraju. Niespełna 10-milionowa Szwecja jest „oczko” przed nami jeśli chodzi o nominalny PKB (22. miejsce na świecie przy 23. miejscu Polski według Międzynarodowego Funduszu Walutowego). Jeszcze mniej ludna Austria wytwarza PKB niższy od 38-milionowej Polski tylko o ok. 20%.

Ale nawet jeśli innowacyjność polskiej gospodarki rozwijać się będzie na przekór optymistycznym oczekiwaniom, a Polska nie awansuje do światowej ekstraklasy gospodarek wolnorynkowych opartych na wiedzy, to ewentualne luki w zatrudnieniu można nadrabiać w inny sposób. Rozwiązaniem byłoby przyjęcie większej liczby imigrantów, np. z Ukrainy lub Białorusi.

Obecny współczynnik dzietności (ang. total fertility rate) w Polsce wynosi 1,33, co zdecydowanie nie zapewnia zastępowalności pokoleń (do tego w krajach rozwiniętych potrzebny jest wskaźnik na poziomie 2,10 – żaden kraj europejski nie osiąga tego progu, choć Francja jest blisko) i plasuje Polskę na 216. miejscu spośród 224 klasyfikowanych przez CIA państw i terytoriów zależnych. W Europie wyprzedzamy tylko Bośnię i Hercegowinę. 2015 rok był kolejnym, w którym nastąpił w Polsce ubytek naturalny: na 372 tys. urodzeń żywych przypadło 388 tys. zgonów.

Przejdźmy do krytyki programu „Rodzina 500 plus” i wykazania, dlaczego nie spełni on celów stawianych przed nim przez opinię publiczną.

Mit 1. Program?

Politycy PiS-u oraz reżimowi niepokorni dziennikarze i usłużni naukowcy wybitni analitycy z upodobaniem mówią o najbardziej kompleksowym w historii III RP programie wsparcia rodzin. To oczywiście duże nadużycie, bo „500 plus” nie jest programem – nie spełnia np. definicji ze Słownika Języka Polskiego PWN. To zwykły transfer socjalny, który nie jest obwarowany żadną spójną ideologią ani planem, nie posiada także mierzalnych i umotywowanych celów. Co więcej, nie wiadomo nawet, skąd wzięła się kwota 500 zł. Równie dobrze mogłoby to być 300 zł czy, nie ograniczajmy się, 1.000 zł (tak proponował m.in. związany duchowo z PiS-em ekonomiczny celebryta, prof. Krzysztof Rybiński, na jednej z konferencji w 2013 roku). Merytoryczna część oceny skutków regulacji do projektu ustawy o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci ma trzy i pół strony, i jest kpiną z procesu stanowienia prawa w Polsce. Przypomnijmy, że mówimy o idei, która w ciągu 10 lat ma pochłonąć prawie 250 mld zł. To tyle co 17 autostrad A1 (północ-południe) albo 124 stadiony narodowe.

Mit 2. Platforma Obywatelska nie zrobiła nic dla polityki prorodzinnej

To jeden z ciekawszych mitów. W pierwszej chwili sam go z automatu „kupiłem” na fali zawodu po ośmioletnich rządach tej partii. Po zastanowieniu, należy jednak oddać sprawiedliwość PO. Wprowadziła co najmniej trzy znakomite zmiany, które wpłynęły na ostatnie odbicie w statystykach rodzicielstwa (współczynnik dzietności wzrósł z 1,227 w 2004 roku i 1,297 w 2011 roku do 1,33 obecnie według CIA). Chodzi o:

  • 12-miesięczny urlop rodzicielski, który pozycjonuje Polskę na jednym z pierwszych miejsc w Europie
  • obowiązek szkolny od 6. roku życia (pisałem o nim tutaj; niestety został zniesiony, więc nie będzie można zbadać jego rzeczywistego wpływu na dzietność – sądzę jednak, że w dużych miastach wielu przyjęło ustawę o sześciolatkach z wielkimi nadziejami)
  • program „Mieszkanie dla młodych”, a wcześniej „Rodzina na swoim” (o których pisałem tutaj w kontekście zepsucia „MdM” w ostatnich tygodniach rządów PO), które mają niezłe statystyki i oferują atrakcyjne warunki kredytu osobom z dziećmi

Niektórzy mogliby dodać do tego jeszcze kartę dużej rodziny, zniesienie ostrych reżimów regulacyjnych dla żłobków czy program darmowych podręczników. Co do operacjonalizacji tego ostatniego projektu mam jednak zbyt wiele zastrzeżeń i na chwilę obecną go nie popieram.

Tym samym, w sferze polityki prorodzinnej rządy Platformy Obywatelskiej należy ocenić przyzwoicie jak na możliwości budżetowe. Można było zrobić więcej, o ile ministrowi odpowiedzialnemu za sprawy polityki społecznej pomogliby szefowie resortów gospodarczych, dbając o stronę przychodową budżetu. Niestety, nie pomogli, ponieważ finanse publiczne i system podatkowy pozostały naszpikowane nieefektywnościami. Dodatkowo, ekspropriacja majątku OFE zwiększyła presję i oczekiwania względem polskiej prężności demograficznej. Oczekiwania te – obawiam się – nie będą mogły zostać zaspokojone.

Co jeszcze można zarzucić PO? Na pewno nieudolność strategiczną, a więc to, co wskazała Najwyższa Izba Kontroli w opublikowanym w 2015 roku raporcie: brak spójności i koordynacji w działaniach o charakterze prorodzinnym, niedookreślone priorytety i brak mierzalnych celów. Rząd przez ponad dwa lata nie zdołał również rozpatrzyć projektu założeń do polityki ludnościowej Polski. NIK zinterpretował wówczas istniejące instrumenty wsparcia (becikowe, ulgi podatkowe na dzieci, roczny urlop macierzyński) jako doraźne.

Tymczasem, poza założeniami do polityki ludnościowej istniał opublikowany w 2009 roku dokument Rzecznika Praw Obywatelskich, o którym NIK nie wspomina: „Polityka rodzinna w krajach Unii Europejskiej – wnioski dla Polski”. Wnioski dla Polski podzielone zostały w nim na trzy obszary:

  • Rozwiązania sprzyjające decyzjom prokreacyjnym oraz godzeniu ról zawodowych z rodzinnymi (wydłużenie urlopu macierzyńskiego i przyznanie ojcom prawa do urlopu ojcowskiego, częściowa odpłatność za urlop wychowawczy, uelastycznienie organizacji pracy i czasu pracy)
  • Tworzenie warunków rozwoju młodego pokolenia (podniesienie dochodowego znaczenia świadczeń rodzinnych, określenie dodatków do zasiłków rodzinnych dla niektórych grup, uniwersalizacja systemu świadczeń rodzinnych, rozwój świadczeń rzeczowych, wykorzystanie systemu podatkowego jako instrumentu polityki rodzinnej, system usług społecznych, rozwój usług opiekuńczych nad małym dzieckiem)
  • Rodziny w trudnych sytuacjach (preferencje dla rodzin wielodzietnych, wsparcie dla rodzin niepełnych oraz rodzin z dzieckiem niepełnosprawnym, zróżnicowanie świadczeń w zależności od sytuacji rodzinnej)

Jak widać na pierwszy rzut oka, pomimo krytycznej oceny NIK-u co do całokształtu działań rządu i ich spójności, wiele z poruszonych zagadnień zostało przynajmniej wstępnie zaadresowanych za czasów PO.

Mit 3. We wszystkich ważniejszych europejskich krajach istnieją podobne programy jak „Rodzina 500 plus”

Nie. 8 innych państw Unii Europejskiej (Bułgaria, Chorwacja, Hiszpania, Holandia, Litwa, Portugalia, Republika Czeska, Włochy) nie stosuje podobnych „dopłat bezpośrednich”. Cypr, Grecja, Malta i Rumunia stosują niewielkie, a Dania, Irlandia, Szwecja i Wielka Brytania znaczne świadczenia prorodzinne, ale kosztem braku jakichkolwiek ulg podatkowych, które oferuje z kolei Polska. Te informacje zawiera ogólnodostępny raport PwC pt. „Ulgi podatkowe i świadczenia rodzinne w UE”, opublikowany w listopadzie ub.r., który z upodobaniem cytują politycy PiS-u w mediach.

Raport ten klasyfikuje też Polskę na 24. miejscu wśród 28 państw Unii Europejskiej jeśli chodzi o środki przeznaczane na politykę prorodzinną. Zapominają jednak o innych wnioskach z opracowania, tj. że „same środki finansowe nie są gwarantem sukcesu” oraz że „największe sukcesy odnoszą państwa posiadające rozwiązania systemowe”.

24. lokata chluby na pewno nie przynosi, ale pamiętajmy, że te najczęściej przez PiS cytowane wyliczenia są oparte na wartościach absolutnych i nominalnych. Jeśli wziąć pod uwagę ranking „relatywny”, który uwzględnia udział wsparcia państwa w odniesieniu do średnich zarobków w danym kraju, Polska plasuje się już na miejscu 20. Wyprzedzamy wówczas nie tylko unijnych leszczy, ale i Włochy czy Holandię. Niewiele tracimy do Danii i Finlandii.

Źródło: PwC

Mit 4. „Rodzina 500 plus” będzie skuteczna i pobudzi dzietność

Pozostańmy w obrębie raportu PwC. Jak wspominają jego autorzy, współczynnik dzietności w Polsce jest tylko nieznacznie niższy niż w Republice Czeskiej, Słowacji i na Węgrzech, mimo że „dopłaty bezpośrednie” dla rodzin mających lub planujących posiadanie potomstwa są w tych państwach dużo wyższe niż w Polsce. Szczególnie na Węgrzech, które w rankingu „relatywnym”, prezentowanym powyżej, plasują się na 3. miejscu. Swego czasu, do podobnych wniosków doszedł NIK:

Wydatki na politykę rodzinną i współczynnik dzietności w wybranych krajach UE w 2011 r. Źródło: Eurostat

Nikt z PiS-u nie wspomina także dość ciekawego spostrzeżenia o wskaźnikach demograficznych (opartych o prognozowany wzrost liczby ludności do 2060 roku), że:

Niemcy i Francja znajdują się na dwóch różnych biegunach w statystyce dotyczącej zmiany liczby ludności (Francja ze wskaźnikiem demograficznym na poziomie 15,1%, zaś Niemcy -12,9%), mimo że oba państwa stosują jedne z najwyższych kwot zachęt finansowych w Unii w zakresie ulg i świadczeń dla rodzin.

Niedouczeni Niepokorni (tak jak Krzysztof Ziemiec, dziennikarz TVP prowadzący wtorkową debatę telewizyjną o „Rodzinie 500 plus”) z pewnością podsuną kliszę o gargantuicznej dzietności we francuskich gettach muzułmańskich. Zarówno Francja jak i Niemcy mają podobny odsetek społeczności muzułmańskiej (między 5% a 10% populacji). Wydaje się na pierwszy rzut oka, że arabska mniejszość we Francji, jako zdecydowanie bardziej religijna od zlaicyzowanej imigracji tureckiej w Niemczech, jest również bardziej podatna na rozbudowane bodźce socjalne. Ponadto, jak wykazały badania, muzułmanie w Niemczech mają tendencję do akceptowania typowych niemieckich wartości. Cóż, statystyki jednak temu przeczą. Współczynnik dzietności dla Francji wynosi 2,08, z czego 2,8 dla rodzin muzułmańskich i 1,9 dla rodzin niemuzułmańskich. Każdy kto zna matematykę łatwo policzy, że za ok. 80% wzrostu populacji odpowiadają rodziny niemuzułmańskie. A to sprawia, że paradoks Niemiec i Francji, których nadzwyczaj hojne wydatki prorodzinne przynoszą tak odmienne efekty, pozostaje nierozwiązany.

fertility-mdii-graphics-webready-90-w610

Źródło: pewforum.org

Mit 5. Polki w Wielkiej Brytanii rodzą o wiele więcej dzieci niż w Polsce

Faktowi trudno zaprzeczyć (współczynnik dzietności Polek w Polsce to 1,3, a Polek zamieszkałych w Wielkiej Brytanii – 2,5). Warto jednak przystanąć na chwilę i zastanowić się nad jego właściwą interpretacją. Nie jest ona trudna. Większość Polaków mieszkających i pracujących na Wyspach nie należy do klasy średniej. Często są to Polacy wykonujący prace fizyczne lub aspirujący do klasy średniej. Dlatego są w dużej mierze podatni na programy socjalne. Czy brytyjskiemu rządowi to pasuje? Cóż, chyba tak, choć po ostatnich wypowiedziach i działaniach premiera Camerona można spodziewać się, że dni eldorado dla imigrantów są policzone.

(Innym ciekawym trendem jest fakt, że ojcem już co czwartego dziecka urodzonego przez Polkę na Wyspach jest nie-Polak, a najczęściej właśnie… Brytyjczyk. Pojawia się zatem pytanie metodologiczne, czy populacja Polek na Wyspach jest dobrą grupą kontrolną do badań tego typu.)

Podobne zależności funkcjonują w Niemczech czy Norwegii, gdzie Polki również znajdują się w czołówce najdzietniejszych imigrantek – na te przykłady ochoczo powołuje się niezalezna.pl, której dziennikarz zdaje się sugerować, że Polskę stać na przeznaczanie (tak jak w Norwegii) 13% PKB na instrumenty prorodzinne.

Można spodziewać się, że w Polsce „program” przyniesie ten sam efekt: wzrost dzietności w rodzinach gorzej sytuowanych, mniej inwestujących w dzieci, już teraz z trudem wiążących koniec z końcem. Dla takich rodzin „500 plus” może być znacznym podratowaniem budżetu. Niewykluczone, że może być także zachętą do powoływania na świat kolejnych dzieci.

Czy o to jednak chodzi ustawodawcy? Jestem przekonany, że w interesie polskiego społeczeństwa leży wspieranie dzietności przede wszystkim w miejskiej klasie średniej. Tam, gdzie już teraz są warunki do wychowywania i inwestowania w dzieci, a gdzie tych dzieci mogłoby rodzić się więcej. Polska przetrzebiona Katyniem i komuną potrzebuje wzmocnienia swojego potencjału intelektualnego i kapitału społecznego, szczególnie w dużych miastach. Trzeba przyznać, że borykamy się z olbrzymim problemem strukturalnym jeśli chodzi o dzietność i widać to świetnie w statystykach. Według GUS-u, w 2010 r. współczynnik dzietności w miastach wynosił tylko 1,309, podczas gdy na wsi aż 1,486. Według prognoz, różnica ta zatrze się dopiero ok. 2030 r.

A czy dla polskiej klasy średniej „500 plus” będzie atrakcyjny? Oczywiście, że nie, bo nie rozchodzi się o 500 zł, ale o pewność zatrudnienia, godziwe wynagrodzenie, tanie mieszkanie, tani i dostępny żłobek. Potwierdzają to zlecone przez NIK badania oczekiwań Polaków względem polityki państwa, według których tylko 12% respondentów oczekuje jednolitego świadczenia finansowego na każde dziecko niezależnie od sytuacji materialnej rodziny:

wykres-oczekiwania-wobec-panstwa

Oczekiwania rodzin wobec państwa (proc. wskazań). Źródło: TNS Polska na zlecenie NIK

Mit 6. „Program” jest niesprawiedliwy

Trudno wartościować „Rodzinę 500 plus” za pomocą kryterium sprawiedliwości. Cel projektu był od początku jasny i opierał się na następujących założeniach:

  • Prosty przekaz. Żeby nie trzeba było długo tłumaczyć, o co chodzi. Żadnych ilorazów rodzinnych ani bonów edukacyjnych. W tym elemencie PiS wzniósł się na wyżyny. Trudno o bardziej chwytliwy slogan niż „damy 500 zł na każde dziecko, wydawajcie tę kasę, jak chcecie”
  • Timing. Kupienie głosów w wyborach parlamentarnych 2015 roku
  • Szybkość działania. Realizacja (choć częściowa, o czym poniżej) najważniejszej obietnicy wyborczej w celu utrzymania poparcia i uniknięcia błędów z lat 2005-2007.

Nie twierdzę, że proste rozwiązania są z gruntu złe, a stopień wysublimowania polityki rodzinnej powinien być wysoki i dopiero wówczas będzie ona skuteczna. To nie jest reguła. Z drugiej jednak strony trudno uniknąć wrażenia, że PiS poszedł na łatwiznę. Po co tłumaczyć ludziom co to jest np. iloraz rodzinny i jak działa we Francji albo w Portugalii, skoro zamiast tego można bez większego wysiłku i debaty zafundować lekkostrawny konsumpcjonistyczny karnawał?

Wracając jednak do sedna, czyli do zagadnienia sprawiedliwości: płacze i zawodzenia, że nieobjęte rządowym „programem” pierworodne dzieci nie są gorsze, albo żale wylewane na to, że bogaci nie potrzebują przecież tego typu zachęt – są bezcelowe. Należy jak najszybciej przejść do porządku dziennego nad tym, że nie o sprawiedliwość tu chodzi i nie o rzeczywistą pomoc.

PiS popełnił tylko jeden błąd – wielokrotnie mówił o 500 zł na każde dziecko, a nie tylko drugie i kolejne. To mu się wypomina, ale siła marketingowa i medialna partii jest dzisiaj nie do podważenia. Z łatwością przyjdzie jej wyłganie się od pierwotnych zapewnień, a miliony zadowolonych Polaków skutecznie przykryją malkontenctwo niektórych oburzonych.

Dość zabawny jest motyw pojawiający się w wielu wypowiedziach polityków PiS-u, którzy przekonują, że program nie wyłącza najbogatszych ze wsparcia, gdyż nie jest programem socjalnym. Te ostatnie słowa wypowiadane są zwykle z obrzydzeniem, tak jakby programy socjalne były na tym samym poziomie szkaradności co lewactwo i okultyzm. Cóż, jedyne usprawiedliwienie dla takiego postawienia sprawy to uświadomienie sobie, że „500 plus” w istocie nie jest programem ani sprawiedliwym ani socjalnym, bo jest programem analnym. Programem, który ma wejść – za przeproszeniem – do tyłka tych, którzy w wyborach sprzedali swój głos za 20 srebrników 500-złotowy nominał.

Mit 7. Pieniądze się zwrócą

Unikałem do tej pory tematów czysto finansowych, bo i nie przewijają się one bardzo nachalnie w debacie publicznej na temat „Rodziny 500 plus”.

patrz-daje-500zl-na-kazde-dziecko-tak-jak-obiecal-on-ma-twoj-portfel-duda

Źródło: paczaizm.pl

Według ostrożnych wyliczeń, sama subwencja kosztować będzie budżet 17 mld zł w pierwszym (niepełnym) roku i ponad 20 mld zł w późniejszych latach. Jest to kwota niewyobrażalna, a do tego dochodzą przecież wydatki związane z towarzyszącym realizacji projektu wysiłkiem administracyjnym. W normalnie skrojonym systemie dochodziłaby jeszcze kontrola, ale wiemy już, że sposób wydatkowania subwencji dla rodzin nie będzie w żaden sposób weryfikowany.

20 mld zł to ok. 6% dochodów budżetu państwa (minister Elżbieta Rafalska sprytnie, acz merytorycznie zupełnie od czapy, odniosła tę kwotę do PKB, żeby nie brzmiało tak drastycznie – i wyszedł jej 1%). W okresie prosperity pewnie do przełknięcia. Gdy nadejdzie kryzys gospodarczy, będziemy zgrzytać zębami.

W długim terminie, jeśli „program” byłby skuteczny (tj. generowałby wzrost dzietności), powinien zwrócić się z nawiązką. Wiemy już jednak, że nie będzie. W krótkim terminie natomiast zwróci się budżetowi tylko częściowo, w podatku VAT oraz podatku akcyzowym (głównie na napoje alkoholowe). Powstała „dziura” zostanie, co już wiadomo, pokryta innymi rozmaitymi podatkami, np. od hipermarketów, sklepów internetowych czy banków. W efekcie zapłacimy wszyscy. Nawet jeśli nie tu i teraz w żywym pieniądzu, to kiedyś w przyszłości w postaci odsetek od długu publicznego, który rośnie i rośnie, i rośnie…

Deficyt sektora finansów publicznych za 2017 rok (proc. PKB) – prognozy Komisji Europejskiej. Źródło: forsal.pl

Dlatego część ekonomistów liczy, że pieniądze z „Rodziny 500 plus” pobudzą gospodarkę. Niewątpliwie, choć niekoniecznie głównie polską. Jestem poza tym przekonany, że zdecydowana większość ekonomistów, mając do dyspozycji 20 mld zł rocznie, znalazłaby lepsze rozwiązania na dobrej jakości kopa rozwojowego dla gospodarki.

Już teraz można też podejrzewać, że „Rodzina 500 plus” nie będzie obojętna dla inflacji. W związku z napływem takiej gotówki na rynek, mogą wzrosnąć ceny niektórych dóbr, przede wszystkim artykułów dla dzieci oraz napojów alkoholowych. Wzrostowi cen będzie sprzyjał fakt, że w wielu segmentach (np. jedzenie dla niemowląt, mleko modyfikowane, foteliki samochodowe) koncentracja graczy jest spora, a bariery wejścia dla nowych firm dość wysokie, co ułatwia zharmonizowane podwyżki cen.

„Rodzina 500 plus” niewątpliwie przypadnie jednak do gustu tym, którym pieniędzy nie zbywa. Łączny efekt inflacji i podniesienia podatków prawdopodobnie wciąż nie będzie na tyle silny, by zniweczyć zwiększony nominalnie o 500 zł potencjał zakupowy gospodarstwa domowego. Problem w tym, że choć dokonamy redystrybucji 20 mld zł rocznie, to problem, z którym jako kraj chcemy walczyć, pozostanie nierozwiązany. A działać trzeba, póki sytuacja demograficzna nie jest jeszcze dramatyczna. Dlatego…

Co dalej z (prawdziwą) polityką prorodzinną?

Trudno powiedzieć, w jakim kierunku potoczy się teraz polityka prorodzinna w Polsce. „Rodzina 500 plus” pozostawi po sobie zgliszcza. Żadna partia, która zaproponuje jej zniesienie lub ograniczenie, nie wygra w Polsce wyborów. Przeciwnie, subwencję trzeba będzie cyklicznie rewaloryzować i – być może – rozszerzać. Należy mieć obawy, że ad calendas graecas odłożone zostaną inne, rozsądniejsze projekty instrumentów prorodzinnych (zwiększanie dostępności żłobków i przedszkoli, ściągalność alimentów), a także instrumenty wielozadaniowe, wspierające nie tylko politykę prorodzinną, ale i gospodarkę (zmniejszenie klina podatkowego), system edukacyjny (bon edukacyjny, dofinansowanie zajęć pozalekcyjnych – to być może zdumiewające, ale lęk przed wysokimi opłatami za uwielbiane przez dzieci zajęcia dodatkowe jest jedną z istotniejszych obaw rodziców), opiekę zdrowotną (poprawa dostępności pediatrów, stomatologów i pielęgniarek szkolnych, rozszerzenie programu szczepień) czy rynek pracy (obowiązkowy wymiar urlopu rodzicielskiego dla ojców). Zamiast tego, zostajemy z bombą zegarową, pożerającą 6% aktualnych dochodów budżetu państwa.

A co jest do zrobienia?

Statystyki uczestnictwa we wczesnej edukacji i zorganizowanej opiece nad dzieckiem (ang. ECEC, Early Childhood Education and Care) są dla Polski dramatyczne. Z pewnością wynikają w dużej mierze nie tylko z mentalności oraz wciąż niskiej aktywności zawodowej kobiet, ale i z deficytu miejsc w publicznych żłobkach i przedszkolach. Poniżej prezentuję dane z raportu opublikowanego w 2014 roku przez Eurydice i Eurostat pt. „Key data on early childhood education and care in Europe”, głównie za 2012 rok, dotyczące udziału dwu- i trzylatków we wczesnej edukacji.

3l

Dane dla Belgii obejmują wyłącznie społeczność francuskojęzyczną. Dane dla Zjednoczonego Królestwa obejmują wyłącznie Anglię. Źródło: opracowanie własne na podst. Eurydice i Eurostat

2l

Dane dla Polski obejmują wszystkie możliwe formy opieki (żłobek, opiekun dzienny, przedszkole, oddział przedszkolny) i wszystkie dzieci, które nie ukończyły 3. roku życia. Dane dla Belgii obejmują wyłącznie społeczność francuskojęzyczną. Dane dla Zjednoczonego Królestwa obejmują wyłącznie Anglię. Źródło: opracowanie własne na podst. Eurydice i Eurostat

Z drugiej strony, należy wykorzystać te plusy, którymi wciąż dysponujemy jako społeczeństwo. Nadal 66% Polek rodzi pierwsze dziecko przed 30. rokiem życia – to jeden z najlepszych wyników w Unii Europejskiej (ustępujemy tylko Litwie i Łotwie). Ponadto, kobiety urodzone w czasie wyżu demograficznego wygenerowanego przez stan wojenny (1982-1984) są dziś jeszcze w wieku 32-34 lat, a więc jak najbardziej rozrodczym.

Paradoksalnie pomóc nam może zacofanie rynku pracy, sprawiające, że tylko niespełna 43% Polaków w wieku 55-64 lat jest zatrudnionych. To wciąż stwarza bardzo duże możliwości opieki nad dzieckiem przez babcie i dziadków, co cenne w przypadku deficytu miejsc w żłobkach i przedszkolach.

Odsetek zatrudnionych wśród osób w wieku 55-64

Odsetek zatrudnionych wśród osób w wieku 55-64 lat. Źródło: opracowanie własne na podst. Eurostat

Mało tych pozytywów, ale trzeba chwytać się każdego, który pozwoli oddalić demograficzną i emerytalną katastrofę.

***

Czytelnikom anglojęzycznym i zainteresowanym tematem w szerszym stopniu (także w kontekście porównań międzynarodowych) polecam opublikowany przed rokiem artykuł (working paper) „Fertility and Family Policies in Central and Eastern Europe” autorstwa Stuarta Bastena i Tomasa Frejki. Znajduje się w nim m.in. ciekawa „pigułka” na temat rozwoju polityki rodzinnej w Polsce w ostatnim ćwierćwieczu (ss. 54-55) oraz podsumowanie kluczowych przeszkód dla wzrostu dzietności w naszym kraju (uprzedzam: wśród licznych hipotez nie wymieniono tej co do rzekomo istotnego wpływu braku świadczeń w stylu „Rodziny 500 plus”).

***

Zastrzeżenie: Nie będę beneficjentem „Rodziny 500 plus”, ani nie jestem beneficjentem zdecydowanej większości z istniejących instrumentów polityki prorodzinnej w Polsce.

Reklamy