Tagi

, , , , , , , ,

Tegoroczne wakacje sponsoruje słówko „nepotyzm”. Jeszcze dwa miesiące temu, jego definicję znały tylko wykształciuchy. Przypomina mi to karierę wyrazu „matactwo”, odmienianego swego czasu (a konkretnie czasu Dębskiego i Inki) przez wszystkie przypadki. Później podobne lingwistyczne blockbustery próbowali przeforsowywać na zmianę bracia Kaczyńscy (absmaki, semantyczne nadużycia i inne małpy w czerwonym), a Palikot edukował ostatnio Polaków na temat terminu „apostazja”. Prawdziwy hit lata niewątpliwie padnie jednak łupem PSL-u (choć po walce łeb w łeb z kibicowskim „nic się nie stało”). Bardzo się cieszę, że w narodzie krzewi się znajomość słownika języka polskiego, a szczególnie haseł wywodzących się ze starożytnej greki czy łaciny, ale z drugiej strony te „semantyczne” amplitudy w naszej debacie publicznej są irytujące.

Sprawa jest o tyle poważna, że został w nią wciągnięty sam premier i, co zdarza mu się rzadko, skompromitował się. Ogłaszając, że syn nowo powołanego ministra rolnictwa, Daniel Kalemba, zrezygnuje z pracy w Agencji Rynku Rolnego, poniósł podwójną porażkę. Mało tego, że jego oświadczenie okazało się nieskuteczne, bo syn ze stanowiska nie odszedł, to jeszcze – podejmując taki krok – premier wpisał się w bardzo tani i pozbawiony głębszej refleksji trend denepotyzacji. W języku „Simplified Polish” tudzież „Niederpolnisch” nazwalibyśmy to nadgorliwością.

Tusk postawił między wierszami swojej nierozważnej wypowiedzi pytanie, gdzie w takim razie powinni pracować krewni wysoko postawionych funkcjonariuszy państwa. Może powinni zawiesić na czas kadencji swoich wujów i ciotek działalność publiczną i zająć się uprawą przydomowych grządek? Może wyjechać za granicę, najlepiej do kraju skłóconego z władzami Rzplitej, tak aby o żadne faworyzowanie nie mogli zostać posądzeni? Jak daleko mają sięgać „macki” antynepotystycznej inkwizycji, do siostrzeńca czy kuzyna drugiego stopnia? Wreszcie, nie będzie i tak żadnej gwarancji, że politycy żądni budowy prywatnego imperium, pozbawieni vacatów dla rodziny, nie zwiększą przydziału stanowisk dla kolesi. Tu trudniej o kontrolę.

Naturalnie, mamy w Polsce problem z nepotyzmem i naiwnością byłoby negowanie tego faktu. Na poziomie lokalnym, „panami życia i śmierci” bywają wójtowie, którzy do dyspozycji mają tyle „stołków”, że poprzez swoją politykę zatrudnienia nierzadko ręcznie sterują poziomem bezrobocia w okolicy. I wśród rodziny. Nie mówię, że wójtów i innych państwowych pracodawców należy rozgrzeszyć. Twierdzę tylko, że ludzie reagują na bodźce, co w przypadku części z nich – pozbawionych kręgosłupa etycznego – przekłada się na ciągotki do nepotyzmu. Nie bez znaczenia jest też wpływ otoczenia, które przyzwala na takie praktyki. Pierwotnym źródłem tych nikczemności nie jest jednak ludzka słabość, a słabość państwa – słabość przejawiająca się, paradoksalnie, w jego potędze. Rozbuchane instytucje państwowe „produkują” zbyt wiele nikomu niepotrzebnych miejsc pracy. Najczęściej są to miejsca pracy, gdzie kompetencje się nie liczą, można więc zatrudnić kogokolwiek. Jeśli kogokolwiek, to dlaczego nie… No właśnie.

Problemem nie jest natomiast praca syna Stanisława Kalemby w ARR. Problemem nie jest tym bardziej praca Michała Tuska (na zresztą dosyć poślednim stanowisku) w gdańskim porcie lotniczym. Problemem nie jest nawet nominacja Krzysztofa Kiliana na prezesa PGE. To przerost biurokracji i obecności państwa w gospodarce jest źródłem problemu i w tym obszarze należy poszukiwać rozwiązań. Ze względu na skalę, olbrzymie trudności interpretacyjne i skomplikowane zależności rodzinno-towarzyskie, system regulacyjny, który aspirowałby do pełnej kontroli takich zjawisk jak nepotyzm, byłby albo szalenie nieefektywny, albo totalitarny. Najpewniej jedno i drugie.

Co możemy zrobić? Zmniejszyć zatrudnienie w sektorze publicznym, wspierać dobre praktyki w zakresie etyki urzędniczej i zwiększyć transparentność procedur rekrutacyjnych nie tylko do Korpusu Służby Cywilnej, ale także na niższe stanowiska w administracji państwowej.

Reklamy