Historia pewnego rewolucjonisty

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

W 2005 roku, gdy w debacie przed wyborami prezydenckimi zmierzyli się Lech Kaczyński i Donald Tusk, dziennikarz prowadzący zadał kandydatom pytanie o ich największy autorytet. Jeden po drugim skwapliwie odpowiedzieli, że Józef Piłsudski. Mało oryginalnie, ale bezpiecznie.

Gdybym ja miał wskazać polityka, który dokonał największej pozytywnej przemiany w swoim kraju, wybór mógłby być tylko jeden. Mimo zasług Ronalda Reagana, Margaret Thatcher, Konrada Adenauera, to nie oni byliby moim wyborem. Także żaden z mniej znanych, ale odważnych i zdolnych do zmiany polityków: Lee Kuan Yew, Seretse Khama, José Figueres Ferrer czy Augusto Pinochet lub Park Chung-hee, choć mniemam, że część z wymienionych niekoniecznie życzyłaby sobie znaleźć się w gronie uzupełnionym przez dwóch ostatnich. Każdy z nich wykorzystał w swojej karierze wiązkę kilku czynników, których wybitna osobowość była tylko dopełnieniem. Te czynniki to wykorzystanie najlepszych cech swojego narodu, stworzenie spójnego, konsekwentnie realizowanego i opartego o ideologię programu (więcej o znaczeniu ideologii pisałem tutaj) oraz dopasowanie prowadzonej polityki do aktualnego kontekstu społecznego i gospodarczego.

Ojciec-założyciel

Kimś, kto wykazał się największą charyzmą i wizją był Mustafa Kemal Pasza (1881-1938), po 1934 roku noszący nazwisko Kemal Atatürk, twórca i pierwszy prezydent Republiki Turcji.

Kemal Atatürk. Źródło fotografii: atadc.org/Ataturk.aspx

Na polskim rynku wydawniczym wznowiono niedawno biografię tego wielkiego wodza i polityka, autorstwa Jerzego S. Łątki. Na jej pierwszych stronach przywołany jest cytat z Alfreda Brocharda:

Bez Napoleona i de Gaulle’a istniałaby dalej Francja, bez Washingtona z pewnością powstałyby Stany Zjednoczone. Jest mniej pewne, czy bez Lenina mógłby zaistnieć Związek Radziecki, ale nie ma wątpliwości, że bez Atatürka nie byłoby Turcji.

Nie lubię apologii, hagiografii i kultu jednostki, ale w tym jednym przypadku muszę się „złamać”. Żaden nowożytny mąż stanu nie stał się obiektem równie szczerego kultu co Atatürk. Doszedł on do władzy nie tylko ze względu na swoje wyjątkowe talenty i ciężką pracę, a także niesamowity mariaż konsekwencji (przejawianej później głównie w polityce wewnętrznej) i elastyczności (w polityce zagranicznej). Stała za nim również sława bohatera, którym stał się na polu bitwy. Jako osmański pułkownik zwyciężył na wzgórzach Anafarta, wpędzając w traumę całe pokolenia bezwarunkowo wiernych, do tamtej chwili, brytyjskiej koronie żołnierzy Australii i Nowej Zelandii. Następnie pokonał Greków nad Sakaryą, co zapewniło jego państwu przetrwanie, a jemu samemu stopień marszałka Turcji. W glorii ghaziego (zwycięzcy w świętej wojnie) mógł sobie pozwolić na więcej. Nie stał się jednak kolejnym awanturniczym watażką, który marnuje swój los na loterii. Swoją sławę przekuł w wymierny, racjonalny plan. Mógł ogłosić się nowym padyszachem, założyć dynastię i sformować harem – nie wzbudziłoby to wówczas nad Bosforem wielkich kontrowersji.

Nie wbijajmy się w pychę z powodu zwycięstw wojennych – mówił w 1923 roku. – Przygotowujmy się raczej do nowych zwycięstw nauki i gospodarki.

Dodawał: Dwóch jest zdobywców – miecz i pług, ale pierwszy zawsze jest zwyciężany przez drugi.

W setną rocznicę urodzin reformatora UNESCO ogłosiło 1981 rok rokiem Atatürka, uzasadniając:

Wiedząc, że był to wyjątkowy reformator we wszystkich dziedzinach należących do kompetencji UNESCO; uznając w szczególności, że był on liderem pierwszej walki przeciwko kolonializmowi i imperializmowi; przypominając, że był on nadzwyczajnym promotorem idei zrozumienia i trwałego pokoju między narodami na świecie i że całe swoje życie pracował on na rzecz rozwoju harmonii i współpracy między narodami, bez względu na kolor skóry, religię i rasę; [UNESCO pomoże w] zapoznaniu świata z różnymi aspektami osobowości i czynami Atatürka, których celem było promowanie pokoju na świecie, międzynarodowego zrozumienia i poszanowania praw człowieka.

W związku z coraz bardziej zasmucającymi wieściami znad Bosforu (łamanie praw człowieka, kryzys państwa prawa, dyskryminacja kobiet, renesans fundamentalizmu islamskiego, więzienie dziennikarzy) trzeba zadać sobie pytanie, czy dziedzictwo geniuszu Atatürka bezpowrotnie przeminęło. Czy jego pomysł na nowoczesne państwo właśnie się wyczerpał? Nawet jeśli tak, to jak na standardy polityki, jego spuścizna okazała się już i tak nad wyraz trwała. Dlatego chciałbym w swoim artykule przybliżyć sylwetkę tego reformatora i zastanowić się nad tym, co w Turcji (a może gdzieś zgoła indziej?) poszło nie tak.

Dziedzictwo

29 października 1923 roku upadło Imperium Osmańskie. W jego miejsce powstała Republika Turcji, z Mustafą Kemalem (wówczas jeszcze bez nazwiska, ale ze względu na zachowanie czytelności wywodu będę konsekwentnie nazywał go w całym tekście Atatürkiem) jako pierwszym prezydentem. I nie była to kosmetyczna zmiana szyldu.

Adam Krzemiński w 2006 roku pisał w „Polityce”:

[Atatürk] rozpoczął forsowną westernizację kraju, która była bardziej drastyczna i radykalna niż reformy Piotra I w Rosji. Car na początku XVIII wieku obcinał bojarom brody, zreformował cerkiew, ściągnął zachodnich ekspertów, założył uczelnie, ale jednak nie zerwał więzów duchowych z rosyjską przeszłością.

oraz

Tradycyjne prawo islamskie, szariat, zostało zastąpione kopią zachodnich kodeksów. Konstytucję ściągnięto ze Szwajcarii, prawo gospodarcze z Niemiec, administracyjne z Włoch itd.

Wszystko, czym dzisiaj jest Turcja, zawdzięczać może Atatürkowi. Alfabet łaciński, kalendarz gregoriański, nazwiska, praktyczną likwidację analfabetyzmu (zbijał go z poziomu 80 proc.), nową stolicę, świeckie prawodawstwo na wzór zachodnioeuropejski w miejsce szariatu, równouprawnienie kobiet („Jestem przekonany, że korzystanie z praw społecznych i politycznych przez kobiety jest niezbędne do szczęścia i dumy ludzkości” – mówił prezydent w 1935 roku), a przede wszystkim laickość państwa. Atatürk stworzył nowe, świeckie elity, które skutecznie odparły neoosmańskie sentymenty.

Po wyborach w 1935 roku: pierwsze 18 parlamentarzystek w historii Turcji

Po wyborach w 1935 roku: pierwsze 18 parlamentarzystek w historii Turcji. Źródło grafiki: dailysabah.com

Choć większość z tych osiągnięć może brzmieć banalnie, należy mieć na uwadzę, jak wielkiego wroga miał Atatürk w tradycji. Łątka przytacza obserwacje poczynione podczas jednego z rautów przez polskiego dyplomatę, przebywającego w latach dwudziestych w Ankarze – Władysława Günther-Schwarzburga:

W jednej części sali pod obszernym balkonem siedziało pod nim na ziemi, w zbitej gromadzie, ze sto a może więcej Turczynek, które stopiły się w jedną bezkształtną masę zmuszone do przyjścia na bal, zastygłe w przerażeniu. Z gromady wydobywało się tylko ich zbiorowe spojrzenie, zawstydzone aż do bólu poniżeniem tańczących mężów i synów. Uzmysłowiłem sobie, że tak patrzyłaby na mnie moja matka, gdybym nago i publicznie wyprawiał z czyjegoś rozkazu jakieś błazeństwa.

Nie można powiedzieć, że Osmania była krajem barbarzyńskim albo niecywilizowanym. Było to mocarstwo na swój sposób zrównoważone, oparte na islamie, ale też kosmopolityzmie. Narodowość miała drugorzędne znaczenie, a określenie „Turek” traktowane było wręcz jako inwektywa. Z tej otwartości tłumnie korzystali na przykład polscy uchodźcy, szukający w Azji Mniejszej – z powodzeniem – schronienia w XIX wieku. Po konwersji na islam, wielu z nich dostąpiło przy Wysokiej Porcie licznych zaszczytów (np. Wojciech BobowskiKonstanty Borzęcki, Tadeusz Gasztowtt). Nie była to jednak cywilizacja zdolna do rozkwitu, przede wszystkim gospodarczego, w epoce nowożytnej. Car Mikołaj I nazwał nawet Osmanię „chorym człowiekiem Europy”. Atatürk sięgnął po niewykorzystane zasoby (równouprawnienie kobiet, odzyskanie majątku narodowego, import technologii) i uwolnił ludność od krępujących więzów tradycyjnej religii.

Atatürk wyrósł z pokolenia młodoturków, aktywnego w latach 1908-1918. Jednak jak pisze Łątka, „rozpaczliwą troską wszystkich młodotureckich frakcji było przetrwanie zagrożonego Imperium”. Bohater spod Anafarty uwalnia się z tych powrozów. Wie, że osmańskie ideały są stracone. Tworzy zręby własnej wizji państwa.

Doktryna kemalizmu opierała się na sześciu filarach (tzw. strzałach), które tworzyły: republikanizm, sekularyzacja, nacjonalizm (miał zastąpić islam w roli czynnika jednoczącego i państwotwórczego), populizm, rewolucjonizm i etatyzm. Te cztery ostatnie hasła nie za bardzo przemawiają do serca liberała, ale musimy umieścić te postulaty w kontekście Turcji lat dwudziestych ubiegłego wieku, kraju wyalienowanego, upokorzonego traktatem z Sèvres i mającego przed sobą wyboistą drogę ku nowoczesnej Europie. Pamiętajmy, że okres jego rządów przypadł na czas ekspansji wielkich totalitaryzmów, a Turcji daleko było do statusu niezależnego mocarstwa. Atatürk wykazywał jednak dyplomatyczną zręczność. Mimo zażyłych relacji gospodarczych zarówno z Rosją Radziecką (rosyjska ambasada była pierwszą, jaka powstała na terytorium powojennej Turcji, ale też Turcja była pierwszym krajem, z którym Rosja Radziecka ustanowiła przyjazne stosunki), jak i z Włochami, prezydent jednoznacznie zwalczał ideologię komunistyczną i faszystowską. Szczególnie brutalnie rozprawił się z turecką partią komunistyczną.

Źródło grafiki: frmexe.com

Atatürk na okładce magazynu „Time” w 1923 roku. Źródło grafiki: frmexe.com

Republikanizm i sekularyzacja

Republikanizm i sekularyzacja to dwa najważniejsze filary. Atatürk jednym pociągnięciem zlikwidował absolutystycznego monarchę i kalifa („islamskiego papieża”), którym był w jednej osobie padyszach (w Polsce często mylnie nazywany sułtanem). W miejsce monarchii utworzył – jeszcze wówczas niedemokratyczny – republikański system. Za rządów jego następcy na fotelu prezydenckim i najbliższego przyjaciela, İsmeta İnönü (1938-1950), w Turcji nadal legalna była tylko jedna partia (Cumhuriyet Halk Partisi, czyli Republikańska Partia Ludowa). Mimo to, Atatürk był przekonany, że po osiągnięciu stabilizacji kraj powinien dążyć ku pluralizmowi i demokracji. Tak też się stało. Tuż po II wojnie światowej zaczęły legalnie powstawać partie opozycyjne.

Z sekularyzacją szło trudniej, ale Atatürkowi nie brakowało determinacji. Po wspomnianym zniesieniu kalifatu (1924), zlikwidowano szkoły religijne (1925), a islam przestał być religią państwową (1928). Tytuły religijne zniknęły w 1934 roku. Wartym podkreślenia jest, że choć neutralna światopoglądowo, republika zachowała urząd ministerialny (Diyanet İşleri Başkanlığı, zwany potocznie Diyanet) dla kontroli czystości islamu sunnickiego i zarządzania prawie 80 tys. meczetów rozsianych po kraju. Po dzień dzisiejszy sunniccy duchowni są w Turcji wynagradzani z kasy państwa. Przed wojną nie był to żaden ewenement – w Polsce, choć zdecydowanie nieświeckiej, istniało Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, a księżą, rabini i imami byli na pasku płac II Rzeczypospolitej. Z czasem w Turcji znaczenie Diyanetu zaczęło wymykać się spod kontroli, a obecnie (pozwolę sobie tutaj na dygresję „z przyszłości”) jest on karykaturą samego siebie sprzed jeszcze kilkunastu lat. W tym roku instytucja dysponuje budżetem blisko 2,5 mld USD – to więcej niż 12 z 21 ministerstw w obecnym rządzie Binaliego Yıldırıma. Jej budżet w czasie rządów AKP (założonej w 2001 roku Partii Sprawiedliwości i Rozwoju) wzrósł czterokrotnie. Nikt już nie ma wątpliwości, że Diyanet, który w zamyśle miał zajmować się administracją i nadzorem nad instytucjami religijnymi, przepoczwarzył się w przybudówkę AKP, wydającą fatwy na polityczne zamówienie.

Nacjonalizm

Atatürk był nacjonalistą, ale nie w dzisiejszym rozumieniu tego terminu. Nacjonalizm traktował instrumentalnie, jako ideę mniej destrukcyjną od religii, która pozwalałaby wypełnić pustkę po tej drugiej. Należy wziąć też poprawkę na to, w jakim stanie psychologicznym znajdowali się mieszkańcy okupowanego Imperium po I wojnie światowej. Krzewienie nastrojów nacjonalistycznych było najskuteczniejszym posunięciem prowadzącym do scementowania ludności. Bartłomiej Derski definiuje kemalistowski nacjonalizm jako dążenie do zespolenia ideowego, kulturowego i tożsamościowego obywateli Turcji, co miało być podstawą jednolitego społeczeństwa, w którym nie będą odznaczać się różnice religijne, światopoglądowe i etniczne. De facto, kemalistowski nacjonalizm był w pewnym sensie minimalistyczny i samoograniczający się, bardziej niż wrogi i ekspansywny. To wyraźnie odróżnia go od nacjonalistycznych koncepcji Hitlera czy Dmowskiego, opartych na ekspansji terytorialnej i asymilacji. Nawet Piłsudski nie zrezygnował ze swojego rodzinnego Wilna. Tymczasem, Mustafa Kemal nie podjął walki o Saloniki, w których się urodził i wychował, i które były największym ogniskiem działalności młodoturków. Łątka pisze o tym tak:

Wyrzekając się wszelkich imperialnych ambicji, wszelkich panturańskich, panosmańskich czy panmuzułmańskich tęsknot, [Atatürk] świadomie ograniczył aspiracje przyszłego państwa w zasadzie do narodowego terytorium.

Ze względu na wybiórcze uznawanie mniejszości przez tureckie statystyki, trudno oszacować ich udział w dzisiejszej Turcji. Co wiemy na pewno, to około 15-proc. udział Kurdów. „Problem” kurdyjski istniał już za czasów Atatürka, a kłopoty z tłumieniem powstań na wschodnich rubieżach kraju przyczyniły się do utrwalenia raczej dyktatorskiego, aniżeli demokratycznego charakteru sprawowania władzy w pierwszych dekadach republiki. Jeśli coś można zarzucić Ojcu Turków, to właśnie fakt, że w swym nieokiełznanym nacjonalistycznym zapale (Atatürk potrafił całymi nocami nadzorować poetów dokonujących tłumaczeń poezji z arabskiego na turecki) nie zdołał obłaskawić narodu kurdyjskiego i wykorzystać go w budowie nowej republiki.

Atatürk publicznie naucza nowego alfabetu (1928 rok)

Atatürk publicznie naucza nowego alfabetu (1928 rok). Źródło fotografii: https://en.wikipedia.org/wiki/File:Ataturk-September_20,_1928.jpg

Populizm i rewolucjonizm

Kemalistowski populizm nie miał wiele wspólnego z jego dzisiejszą definicją – nie polegał oczywiście na schlebianiu najniższym instynktom społeczeństwa. Wówczas rozumiany był jako egalitarna solidarność narodowa, gdzie interesy narodu przedkładano ponad interesy poszczególnych klas społecznych. Podobnie rzecz ma się z rewolucjonizmem – dziś nazwalibyśmy to podejście reformizmem. Grabarz Imperium Osmańskiego wchodził w konflikty z tradycjonalistycznym społeczeństwem, wśród którego przyszło mu sprawować władzę. Co jednak znamienne, jego postać jest dziś otoczona czcią tak w samej Turcji, jak i krajach, które pozostały muzułmańskie. Wynika to ze statusu Atatürka jako ghaziego, czyli zwycięzcy świętej wojny (innych zresztą muzułmanie nie uznają).

Etatyzm

Co do etatyzmu, przynależał on nierozdzielnie do krajobrazu epoki, o czym częściowo pisałem także w kontekście Polski i Centralnego Okręgu Przemysłowego. Osmania, jako kraj zrujnowany okupacją i zapuszczony gospodarczo, musiała polegać na sile państwa w procesie wychodzenia z marazmu. Ponadto, należy pamiętać, że wraz z realizacją postulatu nacjonalizmu, w Turcji mniejszą rolę zaczął odgrywać żywioł historycznie bardzo aktywny w sferze przedsiębiorczości (przede wszystkim Żydzi i Ormianie). Rozwój ekonomiczny kraju spadł na barki Turków, którzy jako muzułmanie często uważali wojnę jako jedyne godne mężczyzny zajęcie, a przemysłem i handlem raczej pogardzali. Łątka cytuje prezydenta:

System etatyzmu stosowany w Turcji nie jest kopiowaniem czy zwykłym przeniesieniem idei, które rozwijali teoretycy socjalizmu od XIX wieku; nasz etatyzm przyjmuje za podstawę prywatną inicjatywę i osobiste uzdolnienia jednostek, ale jednocześnie, biorąc pod uwagę potrzeby wielkiego narodu i rozległego kraju oraz fakt, iż tak wiele jest jeszcze do zrobienia – opiera się na zasadzie, iż państwo musi być odpowiedzialne za gospodarkę narodową.

Gdybym z tego fascynującego życiorysu miał wyróżnić jedną specyficzną cechę, jaką kierował się Atatürk realizując swój zamysł polityczny, wymieniłbym zdolność do działania w cichości i tajemnicy. Pierwszy prezydent pieczołowicie dopracowywał swoje założenia programowe, cyzelował argumentację, budował sojusze, zanim choćby strzęp nowego projektu ujrzał światło dzienne. To prawda, szokował tym podwładnych. Miał jednak pełne przekonanie co do drogi jaką obrał dla swojego kraju. Niemal z dnia na dzień rozłożył na łopatki urząd kalifa. 25 sierpnia 1925 roku po raz pierwszy pojawił się publicznie w kapeluszu, a już 25 listopada wydał dekret uznający noszenie tradycyjnych fezów za przestępstwo kryminalne. Walka o kształt nowej republiki to była wojna manewrowa, którą Atatürk prowadził po mistrzowsku.

Co dalej z republiką i Turcją w Europie?

Cały czas zadaję sobie pytanie, a szczególnie po obejrzeniu filmu „Mustang”, czy kemalizm kiedykolwiek dotarł na peryferia republiki. Jeszcze raz odwołam się do Jerzego S. Łątki:

Oczywiście samo uchwalenie kodeksu cywilnego nie przekształciło Turcji w bliskowschodnią Szwajcarię. W miasteczkach i wsiach w pobliżu wielkich dróg i linii kolejowych nowe przepisy prawne (…) powoli wprowadzano w życie. Natomiast w wielu zapadłych wioskach życie rodzinne nadal regulowała wielowiekowa tradycja, dla której prawne przepisy nie stanowiły wielkiej przeszkody.

1881 - 193∞? Źródło grafiki: weheartit.com

1881-193∞? Źródło grafiki: weheartit.com

Dziś wybory wygrywa AKP i jej lider, Reccep Tayyip Erdoğan, prymitywny, bigoteryjny, ale też cyniczny islamista. Erdoğan próbuje wczuwać się w rolę drugiego Atatürka, nie ukrywając swoich autorytarnych zapędów (nijak nie pasujących jednak do standardów XXI wieku) oraz próbując upodobnić się fizycznie do Ojca Turków. Co najwyżej jest jednak skarlałą jego imitacją. Na Atatürka nikt w Turcji złego słowa nie powie (istnieje nawet ustawa surowo zabraniająca uchybiania jego czci), ale nie trzeba być zagnieżdżonym w Ankarze publicystycznym orłem, by dostrzec, że praktyka polityczna AKP rozmija się z kemalizmem jak blefujący pokerzysta z prawdą.

Niestety, Turcja nie jest jedynym przykładem stabilnego państwa demokratycznego w regionie, które ostatnimi czasy idzie pod prąd globalnego trendu laicyzacji. Także Izrael pod rządami Binjamina Netanjahu podąża niebezpieczną drogą naznaczoną przez religijny ekstremizm i nacjonalizm. To materiał na inną opowieść.

Idee Ojca Turków przez długi czas pozostawały jednak żywe. Turcja, pomna dramatycznych konsekwencji udziału w I wojnie światowej (Atatürk był przeciwnikiem zaangażowania militarnego Osmanii), stanowczo odmawiała każdej ze stron konfliktu uczestnictwa w II wojnie światowej. Jeśli chodzi o politykę wewnętrzną, czterokrotnie w obronie kemalistowskich ideałów stawała stworzona przez Atatürka armia. Było tak w 1960 (usunięty i stracony wówczas premier, Adnan Menderes, został po latach zrehabilitowany), 1971, 1980 i 1997 roku. Każdy kolejny przewrót był łagodniejszy. W 1997 roku generałowie ograniczyli się do zasugerowania rządowi stosownych korekt. Wpływy armii zaczynają jednak maleć. W czasie kryzysu 2007 roku spostponował ją Erdoğan, przypominając, że jest jedynie ciałem w ramach republiki, niemającym prawa lansować żadnej ideologii konkurencyjnej wobec rządu. Rok później 15 proc. generalicji oglądało już świat zza krat. Dziś przewrotu wojskowego nie chce już jednak nikt, nawet zdeklarowani przeciwnicy Erdoğana.

Nastroje proislamskie zaczęły odżywać „na poważnie” w latach osiemdziesiątych. Paulina Dominik tak pisze o tym w najnowszym numerze „Pomocnika Historycznego POLITYKI”, poświęconego dziejom Turków:

Po dojściu w 1983 roku do władzy Turguta Özala i jego konserwatywno-liberalnej Partii Ojczyżnianej oblicze gospodarki tureckiej zmieniło się z etatystycznej na rynkową. Społeczeństwo w zawrotnym tempie zaczęło zmieniać się w konsumpcyjne. Do głosu doszły grupy, dla których nie było miejsca w kemalistowskim projekcie: nie tylko Kurdowie i wyznawcy politycznego islamu, ale także kobiety czy mniejszości seksualne. 

W latach osiemdziesiątych XX wieku Turcja odkryła swoją prowincjonalną twarz – muzułmańskość, wschodniość, przez dziesięciolecia oddelegowane do przestrzeni prywatnej jako niepasujące do obrazu nowoczesnego państwa. Doprowadziło to do współistnienia dwóch niezwiązanych ze sobą kultur: tej promowanej przez aparat państwowy i tej reprezentowanej przez masy. Dla jednych oznaczało to długo oczekiwany pluralizm w sferze kulturowej, dla innych inwazję prowincji (Czarnych Turków), kulturową degenerację, która przybrała przede wszystkim formę powrotu religii. Tak czy siak, kemalizm stracił swój monopol na nowoczesność. Okazało się, że znacząca część Turków nie chce bądź nie potrafi wpasować się w misternie zaprojektowany dla nich strój wzorowego obywatela. Gospodarka rynkowa dała zaś możliwości stania się częścią zmodernizowanego świata bez potrzeby modernizacji siebie samego.

W każdym razie po upadku rządu Bülenta Ecevita i dojściu do władzy AKP premiera Erdoğana w 2002 roku sentymenty te wyraźnie przybrały na sile. Religia jest obowiązkowym przedmiotem już w szkole podstawowej, reklamy alkoholu zostały zakazane, a masowe „umoralnienie” podręczników szkolnych przynosi takie historie jak np. nawrócenie się na wiarę Mahometa jednego z trzech muszkieterów… Rozpoczęła się zażarta dyskusja na temat rozluźnienia zakazu noszenia chust przez kobiety. Za rządów Erdoğana liczba uczniów szkół religijnych wzrosła z około 65 tysięcy do około miliona.

Jeszcze w 2006 roku Ural Akbulut, rektor politechniki w Ankarze mówił:

Nikt nie może pokazywać się na moim kampusie w stroju religijnym. Jeśli zniesiemy zakaz noszenia chust przez kobiety, jutro przyjdą w czadorze, a następnego dnia w burce. A na koniec zaczną znęcać się nad dziewczynami, które noszą nowoczesne sukienki. Widzieliśmy na przykładzie Iranu, jak szybko te procesy zachodzą.

Tymczasem już w 2008 roku parlament przegłosował zniesienie zakazu noszenia chust w stosunku do uniwersytetów. Wtedy jeszcze turecki Trybunał Konstytucyjny miał moc anulować tę uchwałę. Temat jednak powrócił, a ograniczenia poluzowano, najpierw w 2010 roku na uniwersytetach, a później także w szkołach i urzędach. W 2014 roku Trybunał śpiewał już inaczej, podtrzymał skargę prawniczki Tuğby Arslan i stwierdził, że jej prawa zostały pogwałcone na skutek zakazu noszenia chusty. Mimo tej prawniczej gimnastyki, sędziowie pozostają pod ciągłym ostrzałem. W marcu br. Erdoğan brutalnie napadł na Trybunał, oskarżając go o zdradę tureckiej racji stanu.

Nie należy dziwić się tym przepychankom o strój, który w Turcji jest ważnym elementem życia codziennego. Historia zatacza jednak błędne koło, bo gdy w latach dwudziestych Atatürk staczał bój z tureckimi mężczyznami o zastąpienie tradycyjnego fezu europejskim kapeluszem, robił to w imię wolności od skostniałej tradycji. Erdoğan „walczy” o chusty w imię „rządu dusz” nad czymś, co nazwalibyśmy Turcją B.

Grzechy Unii Europejskiej

Pierwszy wniosek o członkostwo w Unii Europejskiej (wtedy Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej) Turcja złożyła w 1987 roku, choć członkiem stowarzyszonym wspólnoty była już od 1963 roku. Minęło prawie 30 lat i nie można powiedzieć, by Ankara choć o krok przybliżyła się do bram Brukseli. Naturalnie, na drodze do pełnej europeizacji stają sami Turcy, konsekwentnie odmawiając odpowiedzialności za dokonane przez ruch młodoturków ludobójstwo Ormian w 1915 roku. Problemem są również chłodne relacje z Grecją i Cyprem. Ale i Unia Europejska nie jest bez winy, bo przyczyniła się do rozkładu tureckiego ustroju (ograniczenie roli armii w 2003 roku, warunkujące rozpoczęcie negocjacji z Komisją Europejską), tym samym zapewne utrwalając toksyczne rządy Erdoğana. Państwu, które niemal od samego początku było członkiem Rady Europy czy NATO (jego armia jest zresztą największą w Sojuszu, nie licząc amerykańskiej), które tworzyło OECD i KBWE, Unia Europejska zafundowała prawdziwy bieg z przeszkodami.

Dziś na 35 rozdziałów negocjacji z Unią Europejską Turcja ma zamknięty jeden (dotyczący nauki i badań). O ile przez długie dziesięciolecia można było wynajdywać liczne argumenty stawiające Turcję w gronie państw niedorastających do zaszczytu przynależenia do Wspólnoty, o tyle teraz sprawy mają się inaczej. Erdoğan może śmiać się w twarz Brukseli, szczególnie że po wyniku brytyjskiego referendum nie będzie już jedynym mocarstwem pozostającym poza Unią.

Turcja jest dziś krajem młodym (tylko ok. 7 proc. populacji przekroczyło 65 lat) i na przestrzeni lat wykazała bezprecedensową prężność demograficzną: 13,6 mln mieszkańców w 1927 roku i 78,7 mln obecnie, co daje średnioroczny przyrost rzeczywisty w tym okresie na poziomie 2 proc. Turcja, siedemnasta gospodarka świata pod względem PKB, dla Unii Europejskiej byłaby nie tylko zasobem wciąż względnie taniej siły roboczej, ale też potężnym rynkiem zbytu. Turecka klasa średnia rośnie, a marki takie jak Turkish Airlines (największe linie lotnicze na świecie pod względem liczby destynacji) Anadolu Efes, Beko, Paşabahçe czy Ülker znane są już na całym świecie.

Cytowany przez Artura Krzemińskiego szkocki historyk Norman Stone pisał, że „Europejczycy nie chcą zrozumieć, że mają pod nosem kulturę, która ma wprawdzie islamskie podglebie, ale też wielowiekowe doświadczenie współpracy z chrześcijańską Europą”.

W ostatnich miesiącach wzbudzającą największe emocje mocną stroną Turcji z perspektywy Brukseli były jednak nie synergie gospodarcze, a omnipotencja Ankary w dziedzinie powstrzymania fali uchodźców i migrantów, którzy poprzez terytorium Turcji przedostawali się do Europy. Fala została powstrzymana, jednak za cenę przyzwolenia na dalsze łamanie praw człowieka nad Bosforem. Kto wie, czy gdyby Turcja została przyjęta do Wspólnoty bez zbędnej zwłoki, to czy obecne problemy kiedykolwiek miałyby szansę zaistnieć. Czy Erdoğan w ogóle doszedłby do władzy? Czy mając siłą rzeczy po swojej stronie rząd w Ankarze Unia nie byłaby silniejsza w boju z imperialistyczną Rosją? Dziś kultywowany przez dziesięciolecia lekceważący stosunek Europy względem Turcji obrócił się przeciwko niej. Erdoğan może żądać od Brukseli złotych gór i dostanie je, bo zbyt wielki jest strach unijnych technokratów przed kolejną niekontrolowaną falą imigrantów.

Źródło grafiki: imgflip.com/i/yvmja

„Pozwólcie mi zniszczyć Kurdów, albo zniszczę Europę”. Źródło grafiki: imgflip.com/i/yvmja

Czy dziedzictwo Ojca Turków przetrwa? Obawiam się, że jest już za późno nawet na stawianie takiego pytania. Czy będziemy gotowi na wzajemne przenikanie czy pozostaniemy na etapie kebapa, ayranu, baklawy i wczasów koło Antalyi? Turcy nie pomogą nam w podjęciu decyzji, bo już dawno zboczyli z torów rozwoju, które byłyby strawne dla europejskich społeczeństw. Czas na wyraźne gesty i działanie ze strony Europy.

W 2008 roku odwiedziłem mauzoleum Atatürka w Ankarze – przy okazji jedno z najlepiej zorganizowanych muzeów na świecie. Największe wrażenie robi jego prywatna biblioteka, licząca prawie 4,3 tys. woluminów. Co ciekawe, więcej w niej książek z zakresu języka i lingwistyki (386) oraz nauk społecznych (298) niż z zakresu wojskowości (260). Bohaterowi pola walki i marszałkowi Turcji chluby to nie przynosi. Ale prezydentowi i reformatorowi – jak najbardziej tak.

Źródło fotografii: architecturerevived.com/anitkabir-mausoleum-of-mustafa-ataturk-ankara-turkey/

Jako postscriptum należy rzucić hasło: Atatürk a sprawa polska? To rzecz jasna, że dzisiejszej Polsce dużo brakuje do ruiny, w jakiej znajdowało się Imperium Osmańskie po zakończeniu I wojny światowej. Okupowane przez alianckie mocarstwa, z przetrąconym morale i średniowiecznymi obyczajami, Osmania była kwintesencją nędzy, w dodatku nędzy pogłębionej o wyrzut sumienia spowodowany niedawnym ludobójstwem Ormian (Atatürk nie miał z nim nic wspólnego). Ale i Polska ciągle tkwi w nierozwiązanych problemach, które w drodze demokratycznej debaty mogą być trudne do usunięcia. Czy Polska jest gotowa na swojego reformatora? Czy jest on potrzebny? Czy w tak szybko zmieniającym się świecie istnieje szansa na trwałość jakiejkolwiek, nawet głęboko racjonalnej zmiany? Wreszcie, czy nie jest tak, że w dobie upadku autorytetów i powszechnej technokracji czas wielkich jednostek już minął?

We wspomnianym już „Pomocniku Historycznym POLITYKI”, w artykule „Nowa Turcja” Piotr Zalewski pisze:

Erdoğan skutecznie żeruje na resentymentach. Ponad dziesięć lat po objęciu władzy AKP wciąż wcielała się w rolę opozycji – prześladowanej, nieustannie walczącej o przetrwanie, nieugiętej wobec wewnętrznych i zewnętrznych spisków. Widmo przewrotu z 1997 roku [obalenie przez armię islamistycznego rządu Erbakana – przyp. aut.] wciąż ciąży nad tureckimi muzułmanami, powtarzał swojemu elektoratowi Erdoğan. Oni, czyli opozycja, stary establishment, Zachód i güleniści knują przeciwko nam bezustannie, bo boją się coraz prężniejszej Turcji, spadkobierczyni Osmanów (…)

Coś Wam to przypomina? Bo mnie tak.

Biedni Polacy patrzą na 500 złotych

Tagi

, , , , , , , , , ,

Nie planowałem wypowiadania się w kwestii rządowego „programu” „Rodzina 500 plus”. Zmieniłem zdanie pod wpływem medialnej sieczki, jaka przetacza się w tej sprawie. W moim otoczeniu nie było, niezależnie od osobistej sytuacji demograficznej, zwolenników tego pomysłu. Ostatnio ze zdziwieniem przekonałem się, że stanowisko wielu osób zmiękcza się, a powielane argumenty są bardzo szkodliwe. Nawet .Nowoczesna Ryszarda Petru, którą uważam za partię stojącą po jasnej stronie mocy w dziedzinie programu gospodarczego, złapała haczyk. Teraz całkiem na serio bierze udział w sejmowych polemikach i medialnych przepychankach dotyczących „Rodziny 500 plus”. O niereformowalnych głupotach nie powinno się dyskutować. Powinno się je eliminować, co też zamierzam uczynić.

Po co nam więcej dzieci?

Celem polityki prorodzinnej jest przede wszystkim wspieranie dzietności. Rzadko być może zadajemy sobie pytanie, dlaczego należy wspierać rozrodczość. Choć może to być oczywiste, warto uświadomić sobie, że w zasadzie jedynym celem całego zamieszania jest potrzeba zapewnienia godziwych emerytur. Polski system emerytalny jest ogromnie uzależniony od demografii. Było tak zawsze, ale po likwidacji OFE (filara kapitałowego w systemie zabezpieczenia emerytalnego) i braku działań wspierających oszczędności w tzw. III filarze, sytuacja jest dramatyczna. Aktualnie brak jest woli politycznej w jakiejkolwiek partii, aby zmniejszyć uzależnienie systemu zabezpieczenia społecznego od demograficznego kagańca. Słowem, jeśli nie zwiększymy dzietności, emerytura wielu Polaków przypominać będzie bardziej jałmużnę niż godziwe świadczenie. Prognozy są na tyle dramatyczne (ludność Polski do 2060 r. może skurczyć się nawet do 32 mln), że nie pomogłoby nawet zamknięcie granic w celu zapobieżenia dalszej emigracji.

ZUS

Źródło: ZUS

Inne motywacje nie mają większego znaczenia. Pewnie niektórzy wskazaliby na konieczność zapewnienia rąk do pracy i podtrzymania wzrostu PKB. Po części wiąże się to z emeryturami, bo nie można polegać na samym tylko wzroście produktywności pracy per capita (praca ta musiałaby być poza tym wysoko opodatkowana, aby zadowolić rosnące grono emerytów). Odpowiedni zasób „siły żywej” jest potrzebny. Akcentowanie tego typu argumentacji wydaje się jednak staromodne i nieadekwatne do nowoczesnych modeli rozwoju gospodarczego. Wraz z powszechną automatyzacją produkcji, optymalizacją procesów i outsourcingiem, znaczenie czynnika ludzkiego w gospodarce maleje. Liczba ludności już dawno przestała definiować potęgę kraju. Niespełna 10-milionowa Szwecja jest „oczko” przed nami jeśli chodzi o nominalny PKB (22. miejsce na świecie przy 23. miejscu Polski według Międzynarodowego Funduszu Walutowego). Jeszcze mniej ludna Austria wytwarza PKB niższy od 38-milionowej Polski tylko o ok. 20%.

Ale nawet jeśli innowacyjność polskiej gospodarki rozwijać się będzie na przekór optymistycznym oczekiwaniom, a Polska nie awansuje do światowej ekstraklasy gospodarek wolnorynkowych opartych na wiedzy, to ewentualne luki w zatrudnieniu można nadrabiać w inny sposób. Rozwiązaniem byłoby przyjęcie większej liczby imigrantów, np. z Ukrainy lub Białorusi.

Obecny współczynnik dzietności (ang. total fertility rate) w Polsce wynosi 1,33, co zdecydowanie nie zapewnia zastępowalności pokoleń (do tego w krajach rozwiniętych potrzebny jest wskaźnik na poziomie 2,10 – żaden kraj europejski nie osiąga tego progu, choć Francja jest blisko) i plasuje Polskę na 216. miejscu spośród 224 klasyfikowanych przez CIA państw i terytoriów zależnych. W Europie wyprzedzamy tylko Bośnię i Hercegowinę. 2015 rok był kolejnym, w którym nastąpił w Polsce ubytek naturalny: na 372 tys. urodzeń żywych przypadło 388 tys. zgonów.

Przejdźmy do krytyki programu „Rodzina 500 plus” i wykazania, dlaczego nie spełni on celów stawianych przed nim przez opinię publiczną.

Mit 1. Program?

Politycy PiS-u oraz reżimowi niepokorni dziennikarze i usłużni naukowcy wybitni analitycy z upodobaniem mówią o najbardziej kompleksowym w historii III RP programie wsparcia rodzin. To oczywiście duże nadużycie, bo „500 plus” nie jest programem – nie spełnia np. definicji ze Słownika Języka Polskiego PWN. To zwykły transfer socjalny, który nie jest obwarowany żadną spójną ideologią ani planem, nie posiada także mierzalnych i umotywowanych celów. Co więcej, nie wiadomo nawet, skąd wzięła się kwota 500 zł. Równie dobrze mogłoby to być 300 zł czy, nie ograniczajmy się, 1.000 zł (tak proponował m.in. związany duchowo z PiS-em ekonomiczny celebryta, prof. Krzysztof Rybiński, na jednej z konferencji w 2013 roku). Merytoryczna część oceny skutków regulacji do projektu ustawy o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci ma trzy i pół strony, i jest kpiną z procesu stanowienia prawa w Polsce. Przypomnijmy, że mówimy o idei, która w ciągu 10 lat ma pochłonąć prawie 250 mld zł. To tyle co 17 autostrad A1 (północ-południe) albo 124 stadiony narodowe.

Mit 2. Platforma Obywatelska nie zrobiła nic dla polityki prorodzinnej

To jeden z ciekawszych mitów. W pierwszej chwili sam go z automatu „kupiłem” na fali zawodu po ośmioletnich rządach tej partii. Po zastanowieniu, należy jednak oddać sprawiedliwość PO. Wprowadziła co najmniej trzy znakomite zmiany, które wpłynęły na ostatnie odbicie w statystykach rodzicielstwa (współczynnik dzietności wzrósł z 1,227 w 2004 roku i 1,297 w 2011 roku do 1,33 obecnie według CIA). Chodzi o:

  • 12-miesięczny urlop rodzicielski, który pozycjonuje Polskę na jednym z pierwszych miejsc w Europie
  • obowiązek szkolny od 6. roku życia (pisałem o nim tutaj; niestety został zniesiony, więc nie będzie można zbadać jego rzeczywistego wpływu na dzietność – sądzę jednak, że w dużych miastach wielu przyjęło ustawę o sześciolatkach z wielkimi nadziejami)
  • program „Mieszkanie dla młodych”, a wcześniej „Rodzina na swoim” (o których pisałem tutaj w kontekście zepsucia „MdM” w ostatnich tygodniach rządów PO), które mają niezłe statystyki i oferują atrakcyjne warunki kredytu osobom z dziećmi

Niektórzy mogliby dodać do tego jeszcze kartę dużej rodziny, zniesienie ostrych reżimów regulacyjnych dla żłobków czy program darmowych podręczników. Co do operacjonalizacji tego ostatniego projektu mam jednak zbyt wiele zastrzeżeń i na chwilę obecną go nie popieram.

Tym samym, w sferze polityki prorodzinnej rządy Platformy Obywatelskiej należy ocenić przyzwoicie jak na możliwości budżetowe. Można było zrobić więcej, o ile ministrowi odpowiedzialnemu za sprawy polityki społecznej pomogliby szefowie resortów gospodarczych, dbając o stronę przychodową budżetu. Niestety, nie pomogli, ponieważ finanse publiczne i system podatkowy pozostały naszpikowane nieefektywnościami. Dodatkowo, ekspropriacja majątku OFE zwiększyła presję i oczekiwania względem polskiej prężności demograficznej. Oczekiwania te – obawiam się – nie będą mogły zostać zaspokojone.

Co jeszcze można zarzucić PO? Na pewno nieudolność strategiczną, a więc to, co wskazała Najwyższa Izba Kontroli w opublikowanym w 2015 roku raporcie: brak spójności i koordynacji w działaniach o charakterze prorodzinnym, niedookreślone priorytety i brak mierzalnych celów. Rząd przez ponad dwa lata nie zdołał również rozpatrzyć projektu założeń do polityki ludnościowej Polski. NIK zinterpretował wówczas istniejące instrumenty wsparcia (becikowe, ulgi podatkowe na dzieci, roczny urlop macierzyński) jako doraźne.

Tymczasem, poza założeniami do polityki ludnościowej istniał opublikowany w 2009 roku dokument Rzecznika Praw Obywatelskich, o którym NIK nie wspomina: „Polityka rodzinna w krajach Unii Europejskiej – wnioski dla Polski”. Wnioski dla Polski podzielone zostały w nim na trzy obszary:

  • Rozwiązania sprzyjające decyzjom prokreacyjnym oraz godzeniu ról zawodowych z rodzinnymi (wydłużenie urlopu macierzyńskiego i przyznanie ojcom prawa do urlopu ojcowskiego, częściowa odpłatność za urlop wychowawczy, uelastycznienie organizacji pracy i czasu pracy)
  • Tworzenie warunków rozwoju młodego pokolenia (podniesienie dochodowego znaczenia świadczeń rodzinnych, określenie dodatków do zasiłków rodzinnych dla niektórych grup, uniwersalizacja systemu świadczeń rodzinnych, rozwój świadczeń rzeczowych, wykorzystanie systemu podatkowego jako instrumentu polityki rodzinnej, system usług społecznych, rozwój usług opiekuńczych nad małym dzieckiem)
  • Rodziny w trudnych sytuacjach (preferencje dla rodzin wielodzietnych, wsparcie dla rodzin niepełnych oraz rodzin z dzieckiem niepełnosprawnym, zróżnicowanie świadczeń w zależności od sytuacji rodzinnej)

Jak widać na pierwszy rzut oka, pomimo krytycznej oceny NIK-u co do całokształtu działań rządu i ich spójności, wiele z poruszonych zagadnień zostało przynajmniej wstępnie zaadresowanych za czasów PO.

Mit 3. We wszystkich ważniejszych europejskich krajach istnieją podobne programy jak „Rodzina 500 plus”

Nie. 8 innych państw Unii Europejskiej (Bułgaria, Chorwacja, Hiszpania, Holandia, Litwa, Portugalia, Republika Czeska, Włochy) nie stosuje podobnych „dopłat bezpośrednich”. Cypr, Grecja, Malta i Rumunia stosują niewielkie, a Dania, Irlandia, Szwecja i Wielka Brytania znaczne świadczenia prorodzinne, ale kosztem braku jakichkolwiek ulg podatkowych, które oferuje z kolei Polska. Te informacje zawiera ogólnodostępny raport PwC pt. „Ulgi podatkowe i świadczenia rodzinne w UE”, opublikowany w listopadzie ub.r., który z upodobaniem cytują politycy PiS-u w mediach.

Raport ten klasyfikuje też Polskę na 24. miejscu wśród 28 państw Unii Europejskiej jeśli chodzi o środki przeznaczane na politykę prorodzinną. Zapominają jednak o innych wnioskach z opracowania, tj. że „same środki finansowe nie są gwarantem sukcesu” oraz że „największe sukcesy odnoszą państwa posiadające rozwiązania systemowe”.

24. lokata chluby na pewno nie przynosi, ale pamiętajmy, że te najczęściej przez PiS cytowane wyliczenia są oparte na wartościach absolutnych i nominalnych. Jeśli wziąć pod uwagę ranking „relatywny”, który uwzględnia udział wsparcia państwa w odniesieniu do średnich zarobków w danym kraju, Polska plasuje się już na miejscu 20. Wyprzedzamy wówczas nie tylko unijnych leszczy, ale i Włochy czy Holandię. Niewiele tracimy do Danii i Finlandii.

Źródło: PwC

Mit 4. „Rodzina 500 plus” będzie skuteczna i pobudzi dzietność

Pozostańmy w obrębie raportu PwC. Jak wspominają jego autorzy, współczynnik dzietności w Polsce jest tylko nieznacznie niższy niż w Republice Czeskiej, Słowacji i na Węgrzech, mimo że „dopłaty bezpośrednie” dla rodzin mających lub planujących posiadanie potomstwa są w tych państwach dużo wyższe niż w Polsce. Szczególnie na Węgrzech, które w rankingu „relatywnym”, prezentowanym powyżej, plasują się na 3. miejscu. Swego czasu, do podobnych wniosków doszedł NIK:

Wydatki na politykę rodzinną i współczynnik dzietności w wybranych krajach UE w 2011 r. Źródło: Eurostat

Nikt z PiS-u nie wspomina także dość ciekawego spostrzeżenia o wskaźnikach demograficznych (opartych o prognozowany wzrost liczby ludności do 2060 roku), że:

Niemcy i Francja znajdują się na dwóch różnych biegunach w statystyce dotyczącej zmiany liczby ludności (Francja ze wskaźnikiem demograficznym na poziomie 15,1%, zaś Niemcy -12,9%), mimo że oba państwa stosują jedne z najwyższych kwot zachęt finansowych w Unii w zakresie ulg i świadczeń dla rodzin.

Niedouczeni Niepokorni (tak jak Krzysztof Ziemiec, dziennikarz TVP prowadzący wtorkową debatę telewizyjną o „Rodzinie 500 plus”) z pewnością podsuną kliszę o gargantuicznej dzietności we francuskich gettach muzułmańskich. Zarówno Francja jak i Niemcy mają podobny odsetek społeczności muzułmańskiej (między 5% a 10% populacji). Wydaje się na pierwszy rzut oka, że arabska mniejszość we Francji, jako zdecydowanie bardziej religijna od zlaicyzowanej imigracji tureckiej w Niemczech, jest również bardziej podatna na rozbudowane bodźce socjalne. Ponadto, jak wykazały badania, muzułmanie w Niemczech mają tendencję do akceptowania typowych niemieckich wartości. Cóż, statystyki jednak temu przeczą. Współczynnik dzietności dla Francji wynosi 2,08, z czego 2,8 dla rodzin muzułmańskich i 1,9 dla rodzin niemuzułmańskich. Każdy kto zna matematykę łatwo policzy, że za ok. 80% wzrostu populacji odpowiadają rodziny niemuzułmańskie. A to sprawia, że paradoks Niemiec i Francji, których nadzwyczaj hojne wydatki prorodzinne przynoszą tak odmienne efekty, pozostaje nierozwiązany.

fertility-mdii-graphics-webready-90-w610

Źródło: pewforum.org

Mit 5. Polki w Wielkiej Brytanii rodzą o wiele więcej dzieci niż w Polsce

Faktowi trudno zaprzeczyć (współczynnik dzietności Polek w Polsce to 1,3, a Polek zamieszkałych w Wielkiej Brytanii – 2,5). Warto jednak przystanąć na chwilę i zastanowić się nad jego właściwą interpretacją. Nie jest ona trudna. Większość Polaków mieszkających i pracujących na Wyspach nie należy do klasy średniej. Często są to Polacy wykonujący prace fizyczne lub aspirujący do klasy średniej. Dlatego są w dużej mierze podatni na programy socjalne. Czy brytyjskiemu rządowi to pasuje? Cóż, chyba tak, choć po ostatnich wypowiedziach i działaniach premiera Camerona można spodziewać się, że dni eldorado dla imigrantów są policzone.

(Innym ciekawym trendem jest fakt, że ojcem już co czwartego dziecka urodzonego przez Polkę na Wyspach jest nie-Polak, a najczęściej właśnie… Brytyjczyk. Pojawia się zatem pytanie metodologiczne, czy populacja Polek na Wyspach jest dobrą grupą kontrolną do badań tego typu.)

Podobne zależności funkcjonują w Niemczech czy Norwegii, gdzie Polki również znajdują się w czołówce najdzietniejszych imigrantek – na te przykłady ochoczo powołuje się niezalezna.pl, której dziennikarz zdaje się sugerować, że Polskę stać na przeznaczanie (tak jak w Norwegii) 13% PKB na instrumenty prorodzinne.

Można spodziewać się, że w Polsce „program” przyniesie ten sam efekt: wzrost dzietności w rodzinach gorzej sytuowanych, mniej inwestujących w dzieci, już teraz z trudem wiążących koniec z końcem. Dla takich rodzin „500 plus” może być znacznym podratowaniem budżetu. Niewykluczone, że może być także zachętą do powoływania na świat kolejnych dzieci.

Czy o to jednak chodzi ustawodawcy? Jestem przekonany, że w interesie polskiego społeczeństwa leży wspieranie dzietności przede wszystkim w miejskiej klasie średniej. Tam, gdzie już teraz są warunki do wychowywania i inwestowania w dzieci, a gdzie tych dzieci mogłoby rodzić się więcej. Polska przetrzebiona Katyniem i komuną potrzebuje wzmocnienia swojego potencjału intelektualnego i kapitału społecznego, szczególnie w dużych miastach. Trzeba przyznać, że borykamy się z olbrzymim problemem strukturalnym jeśli chodzi o dzietność i widać to świetnie w statystykach. Według GUS-u, w 2010 r. współczynnik dzietności w miastach wynosił tylko 1,309, podczas gdy na wsi aż 1,486. Według prognoz, różnica ta zatrze się dopiero ok. 2030 r.

A czy dla polskiej klasy średniej „500 plus” będzie atrakcyjny? Oczywiście, że nie, bo nie rozchodzi się o 500 zł, ale o pewność zatrudnienia, godziwe wynagrodzenie, tanie mieszkanie, tani i dostępny żłobek. Potwierdzają to zlecone przez NIK badania oczekiwań Polaków względem polityki państwa, według których tylko 12% respondentów oczekuje jednolitego świadczenia finansowego na każde dziecko niezależnie od sytuacji materialnej rodziny:

wykres-oczekiwania-wobec-panstwa

Oczekiwania rodzin wobec państwa (proc. wskazań). Źródło: TNS Polska na zlecenie NIK

Mit 6. „Program” jest niesprawiedliwy

Trudno wartościować „Rodzinę 500 plus” za pomocą kryterium sprawiedliwości. Cel projektu był od początku jasny i opierał się na następujących założeniach:

  • Prosty przekaz. Żeby nie trzeba było długo tłumaczyć, o co chodzi. Żadnych ilorazów rodzinnych ani bonów edukacyjnych. W tym elemencie PiS wzniósł się na wyżyny. Trudno o bardziej chwytliwy slogan niż „damy 500 zł na każde dziecko, wydawajcie tę kasę, jak chcecie”
  • Timing. Kupienie głosów w wyborach parlamentarnych 2015 roku
  • Szybkość działania. Realizacja (choć częściowa, o czym poniżej) najważniejszej obietnicy wyborczej w celu utrzymania poparcia i uniknięcia błędów z lat 2005-2007.

Nie twierdzę, że proste rozwiązania są z gruntu złe, a stopień wysublimowania polityki rodzinnej powinien być wysoki i dopiero wówczas będzie ona skuteczna. To nie jest reguła. Z drugiej jednak strony trudno uniknąć wrażenia, że PiS poszedł na łatwiznę. Po co tłumaczyć ludziom co to jest np. iloraz rodzinny i jak działa we Francji albo w Portugalii, skoro zamiast tego można bez większego wysiłku i debaty zafundować lekkostrawny konsumpcjonistyczny karnawał?

Wracając jednak do sedna, czyli do zagadnienia sprawiedliwości: płacze i zawodzenia, że nieobjęte rządowym „programem” pierworodne dzieci nie są gorsze, albo żale wylewane na to, że bogaci nie potrzebują przecież tego typu zachęt – są bezcelowe. Należy jak najszybciej przejść do porządku dziennego nad tym, że nie o sprawiedliwość tu chodzi i nie o rzeczywistą pomoc.

PiS popełnił tylko jeden błąd – wielokrotnie mówił o 500 zł na każde dziecko, a nie tylko drugie i kolejne. To mu się wypomina, ale siła marketingowa i medialna partii jest dzisiaj nie do podważenia. Z łatwością przyjdzie jej wyłganie się od pierwotnych zapewnień, a miliony zadowolonych Polaków skutecznie przykryją malkontenctwo niektórych oburzonych.

Dość zabawny jest motyw pojawiający się w wielu wypowiedziach polityków PiS-u, którzy przekonują, że program nie wyłącza najbogatszych ze wsparcia, gdyż nie jest programem socjalnym. Te ostatnie słowa wypowiadane są zwykle z obrzydzeniem, tak jakby programy socjalne były na tym samym poziomie szkaradności co lewactwo i okultyzm. Cóż, jedyne usprawiedliwienie dla takiego postawienia sprawy to uświadomienie sobie, że „500 plus” w istocie nie jest programem ani sprawiedliwym ani socjalnym, bo jest programem analnym. Programem, który ma wejść – za przeproszeniem – do tyłka tych, którzy w wyborach sprzedali swój głos za 20 srebrników 500-złotowy nominał.

Mit 7. Pieniądze się zwrócą

Unikałem do tej pory tematów czysto finansowych, bo i nie przewijają się one bardzo nachalnie w debacie publicznej na temat „Rodziny 500 plus”.

patrz-daje-500zl-na-kazde-dziecko-tak-jak-obiecal-on-ma-twoj-portfel-duda

Źródło: paczaizm.pl

Według ostrożnych wyliczeń, sama subwencja kosztować będzie budżet 17 mld zł w pierwszym (niepełnym) roku i ponad 20 mld zł w późniejszych latach. Jest to kwota niewyobrażalna, a do tego dochodzą przecież wydatki związane z towarzyszącym realizacji projektu wysiłkiem administracyjnym. W normalnie skrojonym systemie dochodziłaby jeszcze kontrola, ale wiemy już, że sposób wydatkowania subwencji dla rodzin nie będzie w żaden sposób weryfikowany.

20 mld zł to ok. 6% dochodów budżetu państwa (minister Elżbieta Rafalska sprytnie, acz merytorycznie zupełnie od czapy, odniosła tę kwotę do PKB, żeby nie brzmiało tak drastycznie – i wyszedł jej 1%). W okresie prosperity pewnie do przełknięcia. Gdy nadejdzie kryzys gospodarczy, będziemy zgrzytać zębami.

W długim terminie, jeśli „program” byłby skuteczny (tj. generowałby wzrost dzietności), powinien zwrócić się z nawiązką. Wiemy już jednak, że nie będzie. W krótkim terminie natomiast zwróci się budżetowi tylko częściowo, w podatku VAT oraz podatku akcyzowym (głównie na napoje alkoholowe). Powstała „dziura” zostanie, co już wiadomo, pokryta innymi rozmaitymi podatkami, np. od hipermarketów, sklepów internetowych czy banków. W efekcie zapłacimy wszyscy. Nawet jeśli nie tu i teraz w żywym pieniądzu, to kiedyś w przyszłości w postaci odsetek od długu publicznego, który rośnie i rośnie, i rośnie…

Deficyt sektora finansów publicznych za 2017 rok (proc. PKB) – prognozy Komisji Europejskiej. Źródło: forsal.pl

Dlatego część ekonomistów liczy, że pieniądze z „Rodziny 500 plus” pobudzą gospodarkę. Niewątpliwie, choć niekoniecznie głównie polską. Jestem poza tym przekonany, że zdecydowana większość ekonomistów, mając do dyspozycji 20 mld zł rocznie, znalazłaby lepsze rozwiązania na dobrej jakości kopa rozwojowego dla gospodarki.

Już teraz można też podejrzewać, że „Rodzina 500 plus” nie będzie obojętna dla inflacji. W związku z napływem takiej gotówki na rynek, mogą wzrosnąć ceny niektórych dóbr, przede wszystkim artykułów dla dzieci oraz napojów alkoholowych. Wzrostowi cen będzie sprzyjał fakt, że w wielu segmentach (np. jedzenie dla niemowląt, mleko modyfikowane, foteliki samochodowe) koncentracja graczy jest spora, a bariery wejścia dla nowych firm dość wysokie, co ułatwia zharmonizowane podwyżki cen.

„Rodzina 500 plus” niewątpliwie przypadnie jednak do gustu tym, którym pieniędzy nie zbywa. Łączny efekt inflacji i podniesienia podatków prawdopodobnie wciąż nie będzie na tyle silny, by zniweczyć zwiększony nominalnie o 500 zł potencjał zakupowy gospodarstwa domowego. Problem w tym, że choć dokonamy redystrybucji 20 mld zł rocznie, to problem, z którym jako kraj chcemy walczyć, pozostanie nierozwiązany. A działać trzeba, póki sytuacja demograficzna nie jest jeszcze dramatyczna. Dlatego…

Co dalej z (prawdziwą) polityką prorodzinną?

Trudno powiedzieć, w jakim kierunku potoczy się teraz polityka prorodzinna w Polsce. „Rodzina 500 plus” pozostawi po sobie zgliszcza. Żadna partia, która zaproponuje jej zniesienie lub ograniczenie, nie wygra w Polsce wyborów. Przeciwnie, subwencję trzeba będzie cyklicznie rewaloryzować i – być może – rozszerzać. Należy mieć obawy, że ad calendas graecas odłożone zostaną inne, rozsądniejsze projekty instrumentów prorodzinnych (zwiększanie dostępności żłobków i przedszkoli, ściągalność alimentów), a także instrumenty wielozadaniowe, wspierające nie tylko politykę prorodzinną, ale i gospodarkę (zmniejszenie klina podatkowego), system edukacyjny (bon edukacyjny, dofinansowanie zajęć pozalekcyjnych – to być może zdumiewające, ale lęk przed wysokimi opłatami za uwielbiane przez dzieci zajęcia dodatkowe jest jedną z istotniejszych obaw rodziców), opiekę zdrowotną (poprawa dostępności pediatrów, stomatologów i pielęgniarek szkolnych, rozszerzenie programu szczepień) czy rynek pracy (obowiązkowy wymiar urlopu rodzicielskiego dla ojców). Zamiast tego, zostajemy z bombą zegarową, pożerającą 6% aktualnych dochodów budżetu państwa.

A co jest do zrobienia?

Statystyki uczestnictwa we wczesnej edukacji i zorganizowanej opiece nad dzieckiem (ang. ECEC, Early Childhood Education and Care) są dla Polski dramatyczne. Z pewnością wynikają w dużej mierze nie tylko z mentalności oraz wciąż niskiej aktywności zawodowej kobiet, ale i z deficytu miejsc w publicznych żłobkach i przedszkolach. Poniżej prezentuję dane z raportu opublikowanego w 2014 roku przez Eurydice i Eurostat pt. „Key data on early childhood education and care in Europe”, głównie za 2012 rok, dotyczące udziału dwu- i trzylatków we wczesnej edukacji.

3l

Dane dla Belgii obejmują wyłącznie społeczność francuskojęzyczną. Dane dla Zjednoczonego Królestwa obejmują wyłącznie Anglię. Źródło: opracowanie własne na podst. Eurydice i Eurostat

2l

Dane dla Polski obejmują wszystkie możliwe formy opieki (żłobek, opiekun dzienny, przedszkole, oddział przedszkolny) i wszystkie dzieci, które nie ukończyły 3. roku życia. Dane dla Belgii obejmują wyłącznie społeczność francuskojęzyczną. Dane dla Zjednoczonego Królestwa obejmują wyłącznie Anglię. Źródło: opracowanie własne na podst. Eurydice i Eurostat

Z drugiej strony, należy wykorzystać te plusy, którymi wciąż dysponujemy jako społeczeństwo. Nadal 66% Polek rodzi pierwsze dziecko przed 30. rokiem życia – to jeden z najlepszych wyników w Unii Europejskiej (ustępujemy tylko Litwie i Łotwie). Ponadto, kobiety urodzone w czasie wyżu demograficznego wygenerowanego przez stan wojenny (1982-1984) są dziś jeszcze w wieku 32-34 lat, a więc jak najbardziej rozrodczym.

Paradoksalnie pomóc nam może zacofanie rynku pracy, sprawiające, że tylko niespełna 43% Polaków w wieku 55-64 lat jest zatrudnionych. To wciąż stwarza bardzo duże możliwości opieki nad dzieckiem przez babcie i dziadków, co cenne w przypadku deficytu miejsc w żłobkach i przedszkolach.

Odsetek zatrudnionych wśród osób w wieku 55-64

Odsetek zatrudnionych wśród osób w wieku 55-64 lat. Źródło: opracowanie własne na podst. Eurostat

Mało tych pozytywów, ale trzeba chwytać się każdego, który pozwoli oddalić demograficzną i emerytalną katastrofę.

***

Czytelnikom anglojęzycznym i zainteresowanym tematem w szerszym stopniu (także w kontekście porównań międzynarodowych) polecam opublikowany przed rokiem artykuł (working paper) „Fertility and Family Policies in Central and Eastern Europe” autorstwa Stuarta Bastena i Tomasa Frejki. Znajduje się w nim m.in. ciekawa „pigułka” na temat rozwoju polityki rodzinnej w Polsce w ostatnim ćwierćwieczu (ss. 54-55) oraz podsumowanie kluczowych przeszkód dla wzrostu dzietności w naszym kraju (uprzedzam: wśród licznych hipotez nie wymieniono tej co do rzekomo istotnego wpływu braku świadczeń w stylu „Rodziny 500 plus”).

***

Zastrzeżenie: Nie będę beneficjentem „Rodziny 500 plus”, ani nie jestem beneficjentem zdecydowanej większości z istniejących instrumentów polityki prorodzinnej w Polsce.

Jak zostałem piwowarem domowym

Tagi

, , , , , , ,

Intuicyjnie, piwo było zawsze trunkiem najbliższym mojemu sercu, choć jeszcze do 2011 roku byliśmy jako kraj absolutną piwną pustynią. Można z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przed 2011 rokiem napicie się w Polsce dobrego piwa było niemal niemożliwe.

Przyjmuje się, za BJCP (Beer Judge Certification Program), że stylów piwnych jest około stu. Ich hybryd jest nieskończenie wiele. Polskie piwowarstwo przemysłowe raczyło nas przez długie lata wyłącznie jasnym eurolagerem, ewentualnie w porywach pilsem. Dopiero w ostatnich latach sięgnięto po koźlaki, portery bałtyckie, piwa pszeniczne (choć często wciąż dolnej fermentacji). Jeśli nie liczyć należącego do Żywca browaru w Cieszynie, jakość tych trunków jest raczej mierna.

Niektórym wydaje się, że pijąc Kasztelana, Perłę Chmielową czy Książęce, sięgają szczytów. Te osoby nie połknęły jeszcze matriksowej niebieskiej pigułki (choć trzeba zaznaczyć, że są i tacy, którzy spróbowali nowej fali i z przekonaniem stwierdzili, że wolą jasne lagery – bywa i tak, choć rzadko). Niestety, są to tylko i wyłącznie marki wylansowane na piwa premium, które wcale nimi nie są.

Porter Żywiecki (obecnie jako Porter Cieszyński) – przez długie lata jedyne wysokiej jakości piwo koncernowe w Polsce

Porter Żywiecki (obecnie jako Porter Cieszyński) – przez długie lata jedyne wysokiej jakości piwo koncernowe w Polsce

Jednak gdy w maju 2011 debiutował Browar Pinta i wychodził „Atak Chmielu”, mnie było jeszcze daleko do świadomej konsumpcji piwa. Oczywiście, pojawiały się od czasu do czasu w mojej lodówce jakieś ciekawsze egzemplarze, ale brakowało mi teoretycznych fundamentów do świadomej selekcji piw, które chciałbym spróbować.

Pierwszym poważnym wyłomem był sklep z piwami regionalnymi w Zielonce pod Warszawą, który odkryłem pewnego pięknego dnia na trasie z Warszawy do Kobyłki. Tam pierwszy raz zetknąłem się ze słowem „ejl” (ale), oznaczającym piwo górnej fermentacji. Wcześniej znałem je tylko z krzyżówek, gdzie było deskryptorem jakiegoś niemal mitycznego angielskiego stylu piwa. Oglądam stare zdjęcia. Moja półka piw na Euro 2012 wciąż składała się jednak głównie z czeskiego i niemieckiego importu, choć znalazło się też miejsce dla „Viva la Wita!” od Pinty.

Drugim wyłomem była gala „Piwne Pozytywy” w 2013 roku, na którą zostałem zaproszony jako arbiter Komisji Etyki Reklamy. Na gali zetknąłem się z środowiskiem Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych (PSPD), reprezentującym piwowarów domowych oraz z Andrzejem Sadownikiem, patronem, ojcem chrzestnym, ojcem biologicznym, dziadkiem i pradziadkiem polskiego Kraftu (słowniczek ad hoc: Kraft = piwowarstwo rzemieślnicze). Bodaj pierwszy raz uświadomiłem sobie wówczas fakt, że piwo może być warzone w domu. Rewelacja.

Potem sprawy potoczyły się już szybko. Podjąłem decyzję kierunkową o założeniu browaru domowego. Katalizatorem było spostrzeżenie, że podobną inicjatywą zajęli się Wojtek i Adam Karczowie (tutaj ich film o warzeniu piwa), u których „terminowałem” na naukach i którzy przekierowali mnie na blog powszechnie już znanego piwnego guru, Tomasza Kopyry.

Premiera Grand Champion Birofilia 2014, Warszawa, fot. Maciej Szczepkowski

Działalność popularyzatorska Tomka (cykl „Warzę z Kopyrem” dla piwowarów, kurs sensoryczny dla świadomych konsumentów, „100 pytań do Kopyra” dla głodnych wiedzy oraz kąśliwa publicystyka demitologizacyjna w postaci „1000 IBU” i „Piwnych mitów”) i innych blogerów (BeervaultMałe piwko, Piwolog radziPiwolucjaPolskie minibrowary) oraz rosnące grono piwowarów domowych zrzeszonych w PSPD, wydającym kwartalnik „Piwowar”, przyczyniły się do wzrostu wiedzy o piwie, krzewienia piwnej kultury i świadomości, że piwo może być czymś dużo więcej niż rynsztokową cieczą dla meneli.

Od dłuższego czasu, jeśli przebywam za granicą zawsze staram się odszukać sklep z lokalnymi, ciekawymi piwami. Nie jestem typowym turystą piwnym, ale kolekcjonowanie nowych doznań stało się dla mnie rutyną. Bardzo rzadko zdarza mi się pić to samo piwo dwukrotnie. W 2014 roku w polskim piwowarstwie rzemieślniczym były 442 premiery. Samo pierwsze półrocze 2015 roku przyniosło już 471 nowości, a cały rok zamknęliśmy liczbą 1001!. Mamy więc na rynku wystarczająco dużo wypustów, aby zapełnić każdy dzień roku czym innym.

Włochy

Włochy

Grecja

Grecja

Zaczynam warzyć…

Pierwsze piwo uwarzyłem w marcu 2014 roku. Było to oczywiście American India Pale Ale, bo największą frajdą wówczas było dowalenie aromatycznego chmielu. Dokładnie w tym samym czasie zacząłem świadomie sięgać po lepsze piwa w sklepach specjalistycznych. Moje doświadczenia piwowarskie i konsumenckie rozwijały się równolegle.

Obecnie mam na koncie 26 warek. Jak to się stało? Dlaczego w ogóle zacząłem?

Najbardziej pociąga swoboda tworzenia własnych receptur. Pierwsze cztery warki uwarzyłem jeszcze według receptur proponowanych przez sklepy z surowcami piwowarskimi (zaczynałem od twojbrowar.pl i browamator.pl, teraz najczęściej korzystam z piwowarskiej porównywarki cen). Potem wziąłem się za własną twórczość. Na samym początku nie miałem wielkiego pojęcia, jak poznać dobre piwo i czym powinno się charakteryzować (a w konsekwencji – jak je umiejętnie wyprodukować). Miałem marną wiedzę o różnych stylach i sensoryce. Ze zdziwieniem odkrywałem bogactwo surowców i zobaczyłem, że uwarzenie ciekawego piwa nie polega na dodaniu soku wiśniowego albo imbiru przy rozlewie. Dziś nadal nie uważam się za wielkiego znawcę tematu, ale postęp, w porównaniu z początkami moich zainteresowań, jest niebagatelny.

Tajemnic na uwarzenie dobrego piwa jest kilka. Można pójść w stronę idealnie zbalansowanego, stylowego trunku. Można – odważniej – pokusić się o piwo bezkompromisowe, rewolucyjne i jedyne w swoim rodzaju, ryzykując jednak plwociny częstowanych, którzy na goryczkę na poziomie 100 IBU albo na słód wędzony torfem w zasypie (dający aromat asfaltu, bandaży i spalonych przewodów elektrycznych) mogą nie być gotowi. Trzeba zatem zawsze odpowiedzieć sobie na pytanie dla kogo warzymy – dla siebie? Dla początkujących znajomych? Dla świadomych piwoszy? Na wymianę dla innych piwowarów domowych? Na konkurs piw domowych? Zazwyczaj jest tak, że dla każdej z tych grup po trochu. Nieuchronną tego konsekwencją jest fakt, że nie zawsze wszyscy będą zadowoleni.

Piwowarstwo to hobby dające ogromnie dużo satysfakcji, ale też wymagające niesamowitych pokładów cierpliwości i pokory. Ważne jest nie tylko wyczucie i pomysłowość przy tworzeniu receptury, ale i perfekcja wykonania (kontrola temperatury, timing, czystość). Trzeba jednak w tym miejscu wspomnieć, że można oczywiście uprawiać piwowarstwo domowe w wersji light i wówczas nie ma żadnego problemu – warzymy z ekstraktów lub brewkitów, co nie stanowi wielkiej filozofii. Jeśli warzymy na własny użytek, bo chcemy po prostu mieć piwo lepsze niż w sklepie, to poziom skomplikowania całej zabawy jest naprawdę niewielki.

Prawdopodobnie nawet gdyby kiedyś udało mi się spełnić marzenie o komercyjnym warzeniu piwa, nadal produkowałbym je równolegle w domu. Dla samej przyjemności jaką daje niczym nieograniczona swoboda twórcza.

Jak to się konkretnie robi?

Jak się warzy piwo w domu? O tym najlepiej opowie film, którym dzielę się poniżej i który nagrałem specjalnie na potrzeby ilustracji tego tekstu.

W skrócie, dla niecierpliwych, proces warzenia piwa składa się z następujących etapów:

  1. Zaprojektowanie receptury (wybór stylu oraz wybór produktów: słód, chmiel, drożdże, dodatki)
  2. Zacieranie, czyli ekstrakcja cukrów prostych ze słodów
  3. Filtracja i wysładzanie (oba nieobowiązkowe; w metodzie brew-in-a-bag etap filtracji nie występuje), czyli odfiltrowanie młóta przy jednoczesnym wypłukaniu możliwych do uzyskania cukrów prostych
  4. Gotowanie z chmieleniem, czyli dodawanie chmielu na goryczkę, na smak i aromat, oraz ewentualnych dodatków
  5. Chłodzenie i zadawanie drożdży
  6. Fermentacja burzliwa (przedział temperaturowy zależy od stylu piwa; górna fermentacja to zwykle ok. 18-20 stopni, dolna – ok. 8 stopni) – zdecydowanie najistotniejszy etap produkcji, przy którym można najwięcej zepsuć
  7. Fermentacja cicha, z możliwością dochmielenia piwa „na zimno” (wyłącznie na aromat)
  8. Rozlew, w warunkach domowych najczęściej do butelek
  9. Refermentacja, prowadząca do nagazowania (w warunkach domowych najczęściej używa się sacharozy lub glukozy w niewielkiej ilości, która następnie jest zjadana przez pozostałe w piwie drożdże, a w czasie tego procesu wydziela się dwutlenek węgla)
  10. Leżakowanie, rozpoczyna się równolegle z refermentacją i w zależności od stylu może trwać od dwóch tygodni (piwa lekkie, pszeniczne) do nawet kilku miesięcy (piwa mocne, ciemne)
  11. Marketing i konsumpcja

W różnym stopniu lubię różne etapy. Dopóki nie zdecydowałem się na zacieranie w torbie (brew-in-a-bag), największym zmartwieniem była oczywiście filtracja. Teraz uciążliwe jest chłodzenie (nie posiadam na chwilę obecną chłodnicy) oraz rozlew, który wyciąga te 3 godziny z życia, a przy którym piwowar nie wnosi już po prostu wartości dodanej.

Jeśli mowa o marketingu, mój browar nosi nazwę „Kacerz”, a nazwy piwa nawiązują najczęściej do Biblii i historii protestantyzmu.

Etykieta warki #9 "Warowny Grodzisz"

Etykieta warki #9 „Warowny Grodzisz”

Etykieta warki #17 "Filthy Lucre"

Etykieta warki #17 „Filthy Lucre”

Mity o warzeniu piwa w domu

Wiele już powiedziano o mitach piwnych ogółem: puszki gorsze od butelek, sprzedaż przeterminowanego piwa, bydlęca żółć zamiast chmielu, piwo ze spirytusu, piwo niepasteryzowane lepsze od pasteryzowanego. Wszystko obalone. Co z mitami o domowym warzeniu?

„Nielegalne”

Warzenie piwa w domu jest legalne, o ile jest wyrabiane na własny użytek.

„To pewnie nie kupujesz w ogóle piwa w sklepie”

Przeciwnie. Swojego piwa nie piję prawie w ogóle, wyłączając degustacje w ramach „kontroli jakości”. Niemal całość idzie na częstowanie rodziny i znajomych oraz na wymianę, czasami też na konkursy.

„Fajne, prawie takie jak w sklepie”

Dla żadnego poważnego piwowara domowego replikacja „Żubra” nie jest celem, a tekst o piwie jakości sklepowej nie jest komplementem.

„Rozumiem, wino domowe, ale piwo?”

Wielu z nas ma wśród znajomych lub rodziny kogoś, kto wyrabiał w domu wino. Jest to dość proste. Jedynymi składnikami są winogrona i cukier. Resztę robi czas. Piwowarstwo jest dużo bardziej skomplikowane, ze względu na dużo większą liczbę kombinacji między gatunkami słodów, chmielu oraz szczepami drożdży. Do tego dochodzą dodatki (np. przyprawy). Jeśli coś da się dodać do piwa, można być pewnym, że ktoś gdzieś już dany składnik dodał, czasem dla marketingu, ale to czasem jako pierwsze skrzypce. Było już zatem piwo z dodatkiem jąder wieloryba wędzonych owczym łajnem, a w Polsce: piwo z burakiem, wędzoną śliwką czy ostrygami (wszystkie dobre!).

Ja sam uwarzyłem np. dunkelweizena z wędzonymi pomidorami, lagera z pistacjami czy saisona z kminkiem, a ostatnio foreign extra stouta z płatkami kokosowymi i suszoną skórką słodkiej pomarańczy.

Te rozważania wiążą się to bardzo często z innym mitem, który każe postrzegać piwo jako napój plebejski (szczególnie w kontrze do wina). Jest to nieprawda (a przynajmniej nie powinna to być prawda) – przygotowanie dobrego piwa wymaga więcej kunsztu i innowacji.

I najważniejsze – piwo jest napojem demokratycznym. Można je produkować w każdym klimacie – Polska nie jest gorzej pozycjonowana niż Włochy czy Hiszpania, jak to ma miejsce w przypadku wina ze względu na mniej korzystne terroir. O ile nie ma w zasadzie górnej granicy ceny wina, o tyle trudno jest znaleźć na świecie piwo (wyłączając mega limitowane edycje), za butelkę którego trzeba byłoby zapłacić (w dolarach) kwotę trzycyfrową.

Przy okazji zapraszam na fan page mojego browaru domowego na facebooku.

MdM: jak zniszczyć dobry program

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Głupio wypowiadać się w jakiejkolwiek sprawie przeciw własnym interesom, ale sytuacja tego wymaga. Szczególnie, że nikt inny nie pochylił się należycie nad ostatnią poprawką w rządowym programie wsparcia mieszkalnictwa „Mieszkanie dla młodych”, która sprawiła, że dobrodziejstwa programu obejmą także rynek wtórny mieszkań. Poprawka została niemal jednogłośnie przyjęta w parlamencie.

Dla nieznających tematu, infografika rządowa:

Źródło: premier.gov.pl

Źródło: premier.gov.pl

Grzechem pierworodnym programu jest oczywiście założenie, że korzystniejsze dla młodych ludzi jest kupno mieszkania niż jego wynajem, co tylko utrwala istniejące mity i fetysze związane z potrzebą posiadania mieszkania na własność. Problem jest tym bardziej palący, że inną skandaliczną poprawką uchwaloną w czerwcu br. jest ułatwienie zaciągnięcia kredytu osobom nieposiadającym zdolności kredytowej (konkretnie: zniesiono zamknięty katalog osób mogących przystąpić do umowy kredytu w charakterze „dodatkowego kredytobiorcy”). Nie o tym jednak będzie tutaj mowa.

Mimo wad, program nie wylewał całkowicie dziecka z kąpielą, gdyż przyczyniał się w pewnym stopniu do zwiększenia podaży nowych mieszkań. Według najnowszego raportu Deloitte, „Property Index. Overview of European Residential Markets”, w Polsce na 1.000 mieszkańców przypada tylko 360 mieszkań. Wśród badanych krajów, mniej ich było tylko w Irlandii (342).

Wydaje się zatem, że program – popularniejszy niż jego poprzednik, „Rodzina na swoim” – mógł być więc realnym stymulatorem wzrostu podaży i zaspokojenia głodu mieszkaniowego, szacowanego na ok. 1,5 miliona do 2,5 miliona lokali. Tym bardziej, że wraz ze wzrostem podaży zwiększyłaby się przy okazji dostępność mieszkań na wynajem oraz spadłyby – ceteris paribus – ceny transakcyjne.

Piszę w czasie przeszłym – bo moim zdaniem program nie spełni już pokładanych w nim nadziei, a w najlepszym przypadku jego wpływ rozmyje się.

Od kilku lat podnosiły się głosy domagające się włączenia do programu mieszkań z rynku wtórnego. Rząd konsekwentnie jednak odmawiał i wydawało się, że dość egzotyczna koalicja w tej sprawie (obejmująca nie tylko konsumentów, pośredników ale także np. Narodowy Bank Polski) obejdzie się smakiem. Tymczasem, znienacka poprawka została wprowadzona. O co chodzi?

Nie zadaję sobie trudu, by drobiazgowo prześledzić przebieg argumentacji w tej sprawie, gdyż uchwalenie poprawki jawi się jako krok motywowany wyłącznie przesłankami politycznymi, ale myślę, że wybrane stanowiska, które przytoczę poniżej, będą reprezentatywne dla nurtu zwolenników włączenia rynku wtórnego do programu.

Najciekawsze sformułowania znalazłem w liście z 2013 roku sygnowanym przez instytucję o nazwie Polska Federacja Rynku Nieruchomości. Naturalnie, stowarzyszenie, które skupia pośredników i zarządców nieruchomości, miało żywotny interes w dopuszczeniu do obrotu mieszkań używanych w ramach programu MdM. Niestety, przygotowane przez nich pismo budzi wyłącznie pożałowanie:

Argumenty przeciwników rozszerzenia ustawy o dofinansowanie mieszkań nabywanych na rynku wtórnym sprowadzają się jedynie do twierdzenia, że dzięki dofinansowaniu na rynku pierwotnym ożywi się gospodarka. Takie stanowisko nie jest prawdziwe. Należy mieć na uwadze, że ustawa przede wszystkim w swoim założeniu ma pomóc młodym osobom zakupić pierwsze mieszkanie i to powinno przede wszystkim przyświecać debacie i wprowadzanym do projektu ustawy zmianom.

PFRN wierzy w alchemię. PFRN wierzy w cudowne rozmnożenie mieszkań na skutek zwiększenia liczby transakcji. Po prostu młode osoby mają „wypychać” z mieszkań starych? Nie mówi się o deficycie lokali, mówi się o wzroście transakcyjności, który poza prowizjami dla pośredników nie kreuje jednak rozwiązań polskich problemów mieszkaniowych. Przypomina mi to dosyć idiotyczną teorię ekonomiczną, jakoby szybkość obiegu pieniądza wpływała na poziom cen (niestety jest wciąż nauczana).

Dla wielu osób znaczenie ma także bezpieczeństwo transakcji. Przeprowadzając transakcję na rynku wtórnym nabywca wie co kupił, w jakim stanie, zaś na rynku pierwotnym może czekać niemiła niespodzianka – pieniądze zostaną zabezpieczone rachunkiem powierniczym (w odniesieniu do starszych zasobów także i tej gwarancji nie ma), lecz mieszkania można się nigdy nie doczekać, gdyż budynek nie powstanie.

Bardziej pokrętnej wizji chyba nie dało się wykoncypować. Pamiętajmy, że autorem tekstu jest federacja reprezentująca pośredników w obrocie nieruchomościami. Czy to oznacza, że gdy agenci sprzedają nowe nieruchomości, to tak naprawdę mają ze strachu pełne gacie, bo nie wiedzą, czy lokum, które właśnie sprzedali jako dziurę w ziemi rzeczywiście powstanie? Tak mam to rozumieć?

Trzeba też odpowiedzieć sobie jednoznacznie na pytanie czemu mają służyć dopłaty do odsetek kredytowych: czy wsparciu budżetów rodzin nabywających pierwszy własny dach nad głową czy wsparciu budżetów firm deweloperskich.

Pytanie oczywiście jest sformułowane tak, aby wziąć czytelnika „pod włos”. Program służył bowiem zarówno wsparciu budżetów rodzin nabywających pierwsze mieszkanie (jeśli już koniecznie muszą), jak i wsparciu koniunktury w segmencie nieruchomości mieszkaniowych, która w konsekwencji miała prowadzić przede wszystkim do zmniejszenia deficytu mieszkań w Polsce. Była to moim zdaniem wizja spójna.

Tradycyjnie nie mógł zawieść doktor nauk ekonomicznych i tropiciel spisków, europoseł Zbigniew Kuźmiuk, którego wysokich lotów sądy ekonomiczne zdradzają jednak trudno skrywane PSL-owskie korzenie:

Wreszcie nowelizacja [rządowy projekt nowelizacji, ale jeszcze z marca br. – M.S.] nie daje możliwości nabycia własnego mieszkania ze wsparciem budżetowym w mniejszych miastach ponieważ tam mieszkań nie budują ani deweloperzy ani podupadające spółdzielnie mieszkaniowe.

Oczywiście, że nie daje możliwości, bo i nie ma sensu budować mieszkań w małych, podupadających miasteczkach. To największe aglomeracje są generatorem pozytywnych przemian w polskiej gospodarce. Wszystkie mają jeszcze duże rezerwy wzrostu (nawet Warszawie brakuje sporo do stania się miastem dwumilionowym) i to właśnie tam należy wspierać osadnictwo. Zwiększenie wskaźnika urbanizacji powinno być zasadniczym celem cywilizacyjnym naszego kraju – przy każdej okazji należy przypominać, że wciąż ponad 40 proc. Polaków mieszka na wsi i tylko część tej wstydliwej liczby da się wytłumaczyć suburbanizacją.

Wybitny zaklinacz faktów popisał się także, godnym doktora nauk ekonomicznych, rygorem metodologicznym, dodając:

Kredyty w ramach programu „Rodzina na swoim” [wprowadzonego jeszcze przez Prawo i Sprawiedliwość] były do tego stopnia popularne, że w szczytowym roku 2011 [już po nowelizacji dokonanej przez Platformę Obywatelską, ale o tym oczywiście doktor nauk nie wspomina] udzielono ich około 60 tysięcy, a przez cały okres obowiązywania programu blisko 200 tysięcy. Zestawienie 60 tysięcy kredytów na zakup pierwszego mieszkania udzielonych tylko w jednym roku w ramach programu „Rodzina na swoim” i 16 tysięcy w ciągu 14 miesięcy w ramach MdM pokazuje dobitnie, który z tych programów był skuteczniejszy.

Wypowiedź dr. Kuźmiuka dobitnie przemilcza fakt, że w pierwszym roku obowiązywania „Rodziny na swoim” udzielono zaledwie 4.001 kredytów, a więc ponadtrzykrotnie mniej niż w czasie pierwszych 14 miesięcy obowiązywania MdM. To chyba tak powinno się porównywać, czyż nie? Doktor nauk ma także problemy z zaokrąglaniem, gdyż 51.328 to dla niego około 60.000, ale nie od dziś przecież wiadomo, że nie tylko arkana wiedzy ekonomicznej, ale i tajniki matematyki klas 1-3 są dla niektórych polityków zbyt wysoko zawieszoną poprzeczką.

Źródło: administrator24.info

Znakomite passusy można znaleźć także w liście Piotra Wiesiołka, wiceprezesa NBP:

(…) pomimo społecznie brzmiącej nazwy de facto wspierała ona [ustawa – M.S.] sektor deweloperski z widocznym uszczerbkiem dla realizacji celów społecznych.

Rozczulające jest, że NBP troszczy się o semantyczną czystość tytułów rządowych ustaw. Widać zresztą, że pismo pisane było na kolanie, bo zawiera jawne sprzeczności i niedopowiedzenia, np.

Nie ma też powodu wspierania samotnych, zamożnych gospodarstw domowych, zwłaszcza w sytuacji gdy znane są demograficzne problemy kraju.

Wiceprezesowi zdaje się umykać fakt, iż „demograficzne problemy kraju” biorą się głównie z niedoboru mieszkań i wysokim stopniem niepewności co do możliwości zapewnienia rodzinie odpowiedniego standardu życia.

(…) rentowność projektów deweloperskich mierzonych roczną stopą zwrotu w największych miastach Polski kształtuje się obecnie na poziomie minimum 18-20% i nie ma żadnego uzasadnienia dla wspierania tego sektora.

W innym miejscu listu wiceprezes raczy informować, że:

Nie znajduje też uzasadnienia argument o wysokich korzyściach podatkowych dla budżetu, gdyż wykazywana przez firmy deweloperskie rentowność jest z reguły niewysoka (…)

Wytłuszczenia moje. Jaka jest tak naprawdę rentowność projektów deweloperskich… nie dowiemy się, wiceprezes nie zacytował zresztą żadnych źródeł. Nie ma to i tak większego znaczenia, gdyż w wielu miastach limity cen metra kwadratowego są ustalone znacznie poniżej cen transakcyjnych. Oznacza to, że deweloperzy chcący przyciągnąć klientów liczących na dopłaty z MdM muszą zrezygnować z części marży i obniżyć ceny.

Źródło: finanse.egospodarka.pl

Martwi także opinia dziennikarza, Marka Wielgi:

Mnie martwi przede wszystkim proces dzikiego rozlewania się miast, bo młodzi ze względu na dopłatę kupują nowe mieszkania na ich obrzeżach (…) Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nowe osiedla powstawały w sposób zaplanowany. Jednak u nas najczęściej mamy do czynienia z niekontrolowaną suburbanizacją, czyli rozlewaniem się miast.

To klasyczny przykład przypisywania wad to elementu czy zjawiska, które ich nie generują. To nie MdM jest winien rozlewaniu się miast w sposób niekontrolowany, ale najwyraźniej odpowiadają za to inne polityki dotyczące zagospodarowania przestrzennego. Dopuszczenie mieszkań z rynku wtórnego do programu MdM nijak nie ma się do rozwiązania tego problemu.

Reasumując, zmiana polityki jest o tyle dziwna, że przez długi czas rząd skutecznie odpierał te argumenty, choćby ustami wiceministra infrastruktury i rozwoju, Pawła Orłowskiego, który jeszcze pod koniec kwietnia br. mówił:

Dopłacanie w ramach programu MdM do mieszkań kupowanych na rynku wtórnym nie zmniejszy deficytu mieszkaniowego, a może wpłynąć na wzrost cen.

Co w takim razie stało się w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni?

Prawdopodobnie ruch obliczony jest wyłącznie na kupienie kilku głosów w kampanii wyborczej. Może mieć jednak fatalne skutki dla rynku mieszkaniowego, bo skala nadużyć może pociągnąć cały program na dno. Jestem pewien, że takowe będą miały miejsce, choć przyznam, że nie mam siły wymyślać scenariuszy. Na pewno nowa regulacja otwiera pole do arbitraży cenowych i transakcji przeprowadzanych np. w gronie rodziny i znajomych, tym bardziej, że już po 5 latach od transakcji nabyte mieszkanie można bez konsekwencji sprzedać, a kredyt spłacić w całości. Limity cenowe metra kwadratowego na rynku wtórnym są wprawdzie niższe niż na rynku pierwotnym, ale nie zmienia to sedna problemu. Polacy są mistrzami kombinatoryki stosowanej i jestem przekonany, że także i w tym przypadku dadzą popis kreatywności, zaciągając kredyty na fikcyjne transakcje i zgarniając od rządu 20-proc. dopłaty.

Szkoda, że nie taka znowu najgorsza inicjatywa wspierająca budownictwo mieszkaniowe została potraktowana w tak nieodpowiedzialny sposób.

Jak zostałem genealogiem

Tagi

, , , , , , ,

Rozpoczynam cykl dzielenia się z Wami swoimi hobby. Tym razem będzie o genealogii, zainteresowaniu wciąż chyba dość egzotycznym i kojarzonym głównie ze starszymi ciotkami. Chciałbym ten obraz nieco odbrązowić, przedstawiając tę dziedzinę badań – jakby nie było – historycznych jako ciekawą i dającą wiele satysfakcji. Badanie dziejów własnej rodziny jest doskonałym uzupełnieniem zainteresowania historią powszechną, choć może być też preludium do tych zainteresowań. Makro- i mikrohistoria wzajemnie się przenikają – wiedząc co nieco o realiach społeczno-gospodarczych w dawnych wiekach korci żeby przekonać się, jak pozycjonowali się w tych realiach nasi przodkowie.

Moja przygoda miała swoje źródło inspiracji wiele lat temu – zaczęło się od dość przypadkowego i niepozornego odkrycia. Szperając w domowych szufladach natknąłem się na odpis aktu zgonu mojej prababki, który nastąpił trzy miesiące przed moim urodzeniem. Można było odczytać z niego, że ojciec owej prababki miał na imię Marcin, czyli tak samo jak ja. Niby bez znaczenia, ale wówczas było to dla mnie ciekawe objawienie (dziś wśród moich przodków mam ośmiu Marcinów i nie robi już to na mnie większego wrażenia).

Przez długi czas nie miałem zielonego pojęcia, jak zabrać się do genealogii. Przeprowadziłem jakieś wstępne, nieustrukturyzowane wywiady ze starszymi członkami rodziny, ale po dotarciu do ściany nie wiedziałem co dalej. Pierwszy raz archiwum (konkretnie Archiwum Narodowe w Krakowie) odwiedziłem w marcu 2011 roku. I choć wywiady nadal uważam za ważne i konieczne, to właśnie archiwa stanowią drzwi do świata prawdziwych badań genealogicznych. Przyspieszony kurs rosyjskiego (konieczny do odcyfrowania wszystkich metryk z zaboru rosyjskiego z lat 1868-1914), odświeżenie łaciny i hajda!

Dziś moje (i żony) drzewo genealogiczne liczy prawie 8,5 tysiąca osób, opatrzonych kilkoma tysiącami dokumentów źródłowych i fotografii. Najstarsza dowiedziona data wydarzenia dotyczącego moich przodków to 28 września 1723 roku, kiedy w Damicach (obecnie powiat krakowski) urodził się jeden z moich pradziadów, Michał Wieczorek. Pierwsza data związana z małżeństwem to 21 listopada 1734 roku, kiedy w Minodze (obecnie powiat krakowski) pobrali się Jan Czechowicz i Salomea Wójcik. Pierwsza data zgonu – 11 lutego 1771 roku – to śmierć Anny Krawczyk z domu Głowackiej w parafii Poręba Górna (obecnie powiat olkuski).

Artykuł nie będzie raczej ciekawy dla osób otrzaskanych w genealogii, ale jak mniemam, takich jest mniejszość. Zaznaczam także, że tekst nie ma charakteru instruktażowego. Przedstawię jedynie dziesięć tez, które wydają mi się istotne w kontekście historii naszych rodzin.

1. Pochodzimy od niepiśmiennych chłopów

To może być dla niektórych szokujące, ale większość z nas ma czysto chłopskie korzenie. Co prawda wielu genealogów kreśli prawdopodobnie słuszną hipotezę, że rodowód zdecydowanej większości Polaków sięga Mieszka I, ale niewielu może się poszczycić dowodami na taką koligację (swego czasu chwytliwym nagłówkiem w polskich mediach stała się informacja, że Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński są kuzynami). Emigracje, prześladowania oraz ludobójstwa polskiej inteligencji sprawiły, że niewiele wśród nas szlachetnie urodzonych, a nawet zwykłych mieszczan. Mimo to, szkolna wersja historii Polski uczy nas, żeśmy potomkami szlachty, mamy być dumni z Konstytucji 3 Maja i powstańców listopadowych. Jednak, jak dowodzi brawurowy spektakl Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego „W imię Jakuba S.” – mentalnościowo (a i biologicznie) znacznie bliżej nam do Jakuba Szeli niż do ziemian, którym jego totumfaccy podrzynali gardła. Co nieco można o tym poczytać także w dobrym artykule, jaki ukazał się w 2011 roku w „Polityce” („Rola i niedola”). Za nim cytuję też przygnębiający dość opis polskiego chłopa, jaki sporządził angielski pisarz George Burnett na początku XIX wieku:

„Jest niskiej postury i wygląda, jakby przedwcześnie przestał rosnąć. Ma małe, szare oczka, krótki nos, zazwyczaj nieco zadarty; włosy na ogół barwy zbliżonej do żółtej, choć czasami ciemniejsze; oblicze również żółtawe, jakby mocno opalone – co latem odpowiada stanowi faktycznemu. Sprawia wrażenie przygnębionego i otępiałego; chód ma ciężki i pozbawiony życia”

Wbrew pozorom, stan chłopski przodków dla genealoga może okazać się błogosławieństwem w poszukiwaniach, gdyż w przeciwieństwie do powstańców – byli mniej ruchliwi i raczej nie chowano ich w zbiorowych i bezimiennych mogiłach… A tak stało się na przykład z 42 powstańcami poległymi w potyczce z wojskiem rosyjskim pod Glanowem i Imbramowicami w 1863 roku.

Ludzie byli niepiśmienni jeszcze do niedawna. Nawet rządom II Rzeczypospolitej nie udało się wyeliminować zjawiska analfabetyzmu. Większość aktów stanu cywilnego kończyła się taką oto nieśmiertelną formułką (pisownia oryginalna):

„Akt ten Stawaiącemu i Świadkom przeczytany, agdy Ci iako włościanie pisać nieumieią przez mnie podpisany został” [podpis plebana]

Akt chrztu Marcina Głowy (sygn. 96/1829) z księgi metrykalnej parafii rzymskokatolickiej w Wawrzeńczycach (ob. pow. krakowski) za 1829 rok

Brak wykształcenia, czy choćby umiejętności pisania i rachowania, niekoniecznie wynikać musiał z braku takich możliwości. Jak można wywnioskować z poniższego opisu z końca XVIII wieku, włościanie uważali, że posyłanie dzieci na nauki jest stratą czasu. Niezwykłe i przepełnione goryczą jest to świadectwo, które dał proboszcz parafii Smardzowice pisząc m.in., że „tu potrzeba do oddawania dzieci na rodziców musu, którzy zwłaszcza po kilkoro ich mając, wolą swe dzieci widzieć próżnujące i karki łamiące, niż do czego się dobrego garnące z niezmierną swoją i krajową szkodą”.

Fragment spisu Komisji Porządkowej Cywilno-Wojskowej dla parafii Smardzowice (ob. pow. krakowski)

Fragment spisu Komisji Porządkowej Cywilno-Wojskowej dla parafii rzymskokatolickiej Smardzowice (ob. pow. krakowski)

Choć większość źródeł podaje, że chłopi mimo bardzo trudnych warunków życiowych najczęściej nie głodowali, to jednak ich sytuacja w okresie I Rzeczypospolitej oraz przez większą część zaborów, była nie do pozazdroszczenia. Odium winy za taki a nie inny stan rzeczy (i m.in. niechęć włościan do edukacji) należy zatem obarczyć klasy rządzące krajem.

2. Ludzie do XIX wieku żyli naprawdę krótko

Średnia życia moich pradziadków to jeszcze 74 lata, ale prapradziadków i praprapradziadków – już tylko około 55-58 lat.

Osoby długowieczne należały do rzadkości. Szczególnie wśród mężczyzn, śmierć następowała szybko. Spośród moich prapradziadków, najbardziej sędziwy dożył siedemdziesiątki (zmarł w Tychach w 1959 roku). Tak się składa, że jego żona była moją najbardziej sędziwą praprababką i dopiero zabłąkana furgonetka zatrzymała jej licznik na 86 latach. Wśród praprapradziadków już tak dobrze nie jest – nikt nie dobił do siedemdziesiątki.

W artykule „Życie naszych przodków: krótko, ale zdrowo” Agnieszka Krzemińska pisze, że choć średnia życia naszych przodków była dużo niższa niż obecnie, to jednak zdecydowanie rzadziej chorowali oni na nowotwory. Rodzi to w dzisiejszych czasach szereg nieporozumień, które części z nas każą wierzyć, że np. sposób odżywiania się naszych antenatów był tajemnicą ich zdrowia. Prawda jest jednak zgoła inna (o czym pisze też Krzemińska w swoim tekście) i banalna w swej prostocie – większość naszych pradziadów żyła po prostu zbyt krótko, by mogły ujawnić się u nich choroby genetyczne. Nie mieli szansy na nie umrzeć, bo umierali na zapalenie płuc, grypę, tyfus lub w połogu.

3. Dzieci umierały na potęgę

W tym kontekście zawsze szokują mnie wypowiedzi prawicowych polityków czy organizacji, głoszących, że żyjemy w tzw. „cywilizacji śmierci”. Ci ludzie z pewnością nigdy nie zadali sobie trudu zajrzenia do ksiąg zgonów z okresu życia swoich pradziadów.

Zagrożone były też matki, choć śmierć w połogu była zdecydowanie rzadsza od śmierci noworodka.

Wszystko to sprawia, że badania genealogiczne bywają przykre. Na przykład, gdy popatrzę na rodzinę mojego pra(5)dziadka, Sebastiana Biesagi.

Z pierwszą żoną miał siedmioro dzieci:

  1. Kazimierz (1828-1847)
  2. Stanisław (1829-1829)
  3. Katarzyna (1830-1833)
  4. Julianna I (1833-1836)
  5. Julianna II (1839-1884) – moja pra(4)babka, jedyna z rodzeństwa, która dożyła wieku dojrzałego
  6. Filip (1841-1842)
  7. Antoni (1843-1843)

Z drugą żoną:

  1. Katarzyna (1844-1846)
  2. Antoni (1847-1847)

Jednym słowem, osoby mówiące o cywilizacji śmierci muszą zaktualizować swoją wiedzę.

Aleksander Gierymski, „Trumna chłopska” (olej na płótnie) [domena publiczna, Wikimedia Commons]

Także i z tego powodu dzietność była duża. W swoim drzewie mam dwa małżeństwa z udokumentowaną liczbą 14 dzieci i jeszcze 19 innych związków z liczbą dzieci 10 lub więcej.

4. Wiedza medyczna była szczątkowa

Pośrednio łączy się to z punktami 2. i 3. W niektórych regionach i w niektórych latach zapisywano przy akcie zgonu przyczynę śmierci. Nie wiem, czego było to wyrazem, ale na pewno nie pokory wobec własnego ograniczenia poznawczego. Z niektórych zapisów można boki zrywać, szczególnie jeśli śmierć osoby trzydziestoletniej jest opisana jako naturalna.

Przyczynę zgonu 6-miesięcznego dziecka też bez ceregieli opisywano jako „ordinaria”.

Akt zgonu Marii Jaszczyszyn, (bez sygn.) z księgi metrykalnej parafii greckokatolickiej Koniuszki Nanowskie (ob. rejon mościski w Ukrainie) z 1838 roku

5. Życie wbrew pozorom było dość ciekawe, a tajemnic nie brakowało

W 1820 roku jeden z moich pradziadów umiera „przypadkowo zabity” we własnym domu. W 1833 roku 20-letnia krakowska służąca oddaje swoją nowo narodzoną córkę do przytułku przy Szpitalu św. Łazarza. Dziecko na szczęście ma się dobrze i dożywa 80 lat, zostając przy okazji moją praprababką. W 1843 w więzieniu w Kielcach umiera pradziad Kubis. Czy siedział za przemyt, czy za rozbój, tego stwierdzić z całą pewnością nie sposób. W latach sześćdziesiątych XIX wieku mój pradziad pakuje manatki i przeprowadza się z niezrozumiałych dla mnie względów z czeskiego Śląska do podkrakowskiej wsi w zaborze rosyjskim (owszem, migracja była powszechna ale z austro-węgierskiej Galicji). W tej samej dekadzie mój pradziad w prostej linii męskiej, mający już ponad sześćdziesiąt lat, żeni się po raz czwarty z o 40 lat młodszą kobietą i płodzi dwoje dzieci. U progu nowego wieku praprababka ochoczo tańczy na weselu, po czym zgrzana wychodzi na mróz (bo wesela w zimie – patrz pkt. 7) i umiera na zapalenie płuc. Tak samo, jak prapradziad, który w przededniu wojny polsko-bolszewickiej pragnął wydostać z wojska najstarszego syna. Nałóg papierosowy wygrał – zakurzył na mrozie i w krótkim czasie już go nie było. W 1909 roku pradziad Jan, grekokatolik, rzuca papiery i żeni się z katoliczką obrządku rzymskiego. Zazdrosna była narzeczona truje innego z moich pradziadków jaszczurczymi jajami, po czym – jak głosi rodzinna legenda – tamten postradawszy zmysły pluje jaszczurkami. W żałobie po śmierci matki i po tragicznym wypadku narzeczonego w kamieniołomie, prababka zostaje drugą żoną mojego pradziadka. We wrześniu 1939 roku pradziadek ucieka przed Niemcami na rowerze w stronę wschodu, gdzie na kresowym dworku, otrzymanym od Marszałka w zamian za służbę w legionach mieszkają jego kuzyni. Napotkawszy krasnoarmiejców nacierających z drugiej strony, pokazuje im swoje spracowane chłopskie ręce i wygrywa życie. Drugi pradziad, w tydzień po powrocie z robót przymusowych w III Rzeszy umiera na zapalenie opon mózgowych.

To tylko ekstrakt. Wycinek z wycinka rodzinnych dziejów.

Historia naszych przodków zaskakuje. Nagle okazuje się, że osoba przez lata znana w rodzinie jako Jakub, tak naprawdę ma na imię Paweł. Że osoba, która według opowieści była jedynakiem, ma pięcioro rodzeństwa. Pewne utarte rodzinne mity ulegają erozji, inne – zyskują swoje drugie dno lub wyjaśnienie.

6. Mobilność była niewielka

Do pewnego czasu wynikało to oczywiście z ograniczeń natury prawnej i zjawiska przywiązania chłopa do ziemi. Jednak nawet po rozluźnieniu tych przepisów, mobilność większości osób była niewielka, a małżeństwa zawierane były z osobami oddalonymi co najwyżej o kilka wsi.

Przodkowie mojej matki pochodzą w 80 proc. z dwóch wsi koło Mościsk (teren dzisiejszego obwodu lwowskiego na Ukrainie). Pozostałe 20 proc. to inne dwie wsie, położone jednak niedaleko.

O tym, jak niechętnie ludzie zmieniali miejsce zamieszkania, świadczyć mogą przykłady z mojego drzewa genealogicznego.

W niedawnym czasie odkryłem, że moi dziadkowie od strony mamy mieli wspólnych przodków. Prapraprababka mojego dziadka i prapradziadek mojej babci byli rodzeństwem. Co więcej dwie pary moich pradziadków również okazały się dalekim kuzynostwem. Jedni mieli wspólną praprababkę. Tu jednak wielkiego zaskoczenia nie ma, bo wszyscy mieszkali w nieodległych wsiach. W drugim przypadku zaskoczenie było dużo większe. Prapradziad mojego pradziadka i praprapradziad mojej prababki byli rodzonymi braćmi, ale w międzyczasie miały miejsce migracje, które – wydawać by się mogło – powinny uniemożliwić ponowne zejście się ich potomków. Stało się inaczej i tu trafiamy do sedna genealogii, czyli pojęcia „pedigree collapse”.

Jednym z najbardziej spektakularnych (ale także tragicznych dla samego zainteresowanego) przykładów tego zjawiska jest drzewo genealogiczne Karola II Habsburga, ostatniego króla Hiszpanii z dynastii Habsburgów. Rodowa endogamia doprowadziła do tego, że rodowód Karola dość szybko sprowadził się do zaledwie kilku antenatów. To oczywiście wynaturzenie „pedigree collapse”, ale nadaje się jako ilustracja.

Źródło grafiki: http://io9.com/5863666/why-inbreeding-really-isnt-as-bad-as-you-think-it-is

7. Śluby na wsi zawierało się między listopadem a lutym

Z dzisiejszej perspektywy to niewyobrażalne, ale w środowiskach wiejskich zdecydowaną większość ślubów (przede wszystkim tych planowanych) zawierano w listopadzie, styczniu lub lutym. Nie dbano wówczas o dobrą pogodę, a o dostępność pożywienia i mniejszy natłok obowiązków.

Wyciąg z indeksu małżeństw parafii rzymskokatolickiej Poręba Górna (ob. pow. olkuski) za lata 1806-1807

Wyciąg z indeksu małżeństw parafii rzymskokatolickiej Poręba Górna (ob. pow. olkuski) za lata 1806-1807

Ciekawostką może być także fakt, że w dawnych czasach rzadko praktykowano żałobę. Najpewniej z uwagi na kwestie praktyczne (np. wielość dzieci) wdowcy i wdowy wstępowali w kolejny związek małżeński nawet już po dwóch miesiącach od śmierci poprzedniego małżonka.

8. Za rejestrację aktów stanu cywilnego odpowiadały wyłącznie kościoły

Poza krótkim okresem obowiązywania Kodeksu Napoleona, tj. między 1808-1810 (w zależności od regionu Polski) a 1825 rokiem, za rejestrację urodzeń, małżeństw i zgonów odpowiadały wyłącznie kościoły. Działo się tak aż do 1945 roku, gdyż mimo licznych prób zmiany tego stanu rzeczy w II Rzeczypospolitej, opór kościoła sprawił, że do końca II wojny światowej porządek instytucjonalny naszego państwa praktycznie uniemożliwiał funkcjonowanie osobom bezwyznaniowym. Wyjątkiem były ziemie byłego zaboru pruskiego, gdzie cywilne urzędy stanu cywilnego zostały wprowadzone już w 1874 roku.

Tego typu przepisy niestety obniżyły standard zapisów metrykalnych. O ile za czasów obowiązywania Kodeksu Napoleona poziom merytoryczny i faktograficzny spisywanych aktów był bardzo wysoki, o tyle po 1825 roku wiele zależało od konkretnego proboszcza. Metryki są naszpikowane błędami, szczególnie dotyczącymi wieku osób, do których się odwołują, ale także ich miejsca urodzenia czy danych rodziców bądź małżonka. Kodeks Napoleona wymagał poświadczeń niemal każdej sprawy (np. w przypadku niemożności dostarczenia metryki urodzenia na potrzeby zawarcia związku małżeńskiego – Kodeks wymagał spisanie tzw. aktu znania poświadczonego przez czterech świadków!). Akty znania mają piękną, kwiecistą formę i stanowią bezcenne źródło wiedzy genealogicznej.

Zawsze cieszyłem się, gdy ślub mojego przodka wypadł akurat w przedziale lat 1810-1825, bo wiedziałem, że będę miał porządnie spisany akt wraz z alegatami (załącznikami). Trzeba jednak oddać kościołom co ich. Przez większość czasu tylko one, z własnej w zasadzie inicjatywy, spisywały księgi metrykalne. Dzięki temu, dziś przy pewnej dozie szczęścia można dotrzeć do informacji o przodkach nawet z XVIII wieku, a jeśli ktoś jest w czepku urodzony to może i XVII wieku. Tak, tak – często pojawiająca się w naszej wyobraźni (skąd to się w zasadzie wzięło?) klisza spalonego kościoła i zniszczonych niczym woluminy Biblioteki Aleksandryjskiej ksiąg – to zwykła bujda. Oczywiście takie pożary się zdarzały (np. w Raciborzu), ale w przypadku mojego drzewa ten problem nie wystąpił ani razu, a w drzewie żony tylko jedna XIX-wieczna metryka nie jest dostępna, ale to nie z powodu pożaru, tylko carskich represji wobec jednej z podlaskich parafii. Te rozważania dotyczą naturalnie tylko genealogii chłopskiej, bo utrzymujące swoje własne archiwa rody szlacheckie mogą sięgnąć dużo głębiej.

9. Nazwiska ewoluowały w czasie

W związku z powszechnym analfabetyzmem, zapis nazwisk nie był wystandaryzowany. W momencie, gdy ludzie nie byli w stanie się podpisać, nie robiło im większej różnicy, jak ktoś inny (najczęściej pleban spisujący akt stanu cywilnego) przeliteruje ich godność.

Moje własne nazwisko funkcjonowało najpierw jako Synderczyk (choć w niektórych parafiach spotykane były inne, nierzadko dziwaczne pisownie, np. Szynterczyk), a potem jako Sęderski. Inne przykłady ewolucji:

  • Chałat – Chałaciński – Hałot
  • Waligóra – Waligórski (także z pisownią przez „u”!) – przy czym dziś w Danii żyją moi kuzyni nazwiskiem Walegorski

Szokującym może wydać się fakt, że na Podlasiu jeszcze na początku XIX wieku w roli nazwiska występowały patronimiki, czyli popularne „otczestwa”. I tak dziecko Antoniego zwało się Antoniak, dziecko Filipa – Filipiak, a dziecko Idziego – Idziak. Tylko raz powiało trochę Zachodem, kiedy na córkę Grzegorza wołano Gregory.

10. Ludzie wiedzieli o sobie mało

Brak znajomości pisowni własnego nazwiska to nie wszystko. Nasi przodkowie nie kojarzyli często swojego wieku, imion swoich dziadków a nawet czasem nazwiska panieńskiego matki.

W konsekwencji, częste są na aktach zapisy w stylu „córka rodziców niepamiętnych” albo „skąd pochodzi nie wiadomo”.

Akt zgonu Róży vel Rozalii Waligóry z d. Walczak (sygn. 132/1831) z księgi metrykalnej parafii rzymskokatolickiej w Koniuszy (ob. pow. proszowicki) za 1831 rok

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu oddałem przyczyny mojej fascynacji badaniami genealogicznymi. Gdybym chciał tutaj podzielić się wszystkimi ciekawostkami i aspektami pracy genealoga, z pewnością notka byłaby niestrawna. Może jednak kiedyś wrócę do tematu i napiszę bardziej praktyczny przewodnik dla stawiających pierwsze kroki w tym „fachu”. Tymczasem odsyłam do istniejących publikacji:

Polecam jednak w każdym przypadku rozpocząć od wywiadów, bo genealogia to gra zespołowa. Bez wspomnień i wskazówek żyjących, nie udałoby mi się dotrzeć do wielu tajemnic przeszłości. Mamy dziś doskonałe narzędzia do zautomatyzowanej, elektronicznej pracy, zarówno w zakresie budowy drzewa genealogicznego (program „Drzewo genealogiczne”), jak i kwerendy (geneteka, genbaza, lubgensogólnopolski indeks małżeństw do 1899 r.szukajwarchiwach.pl itp.), ale nic nie zastąpi wyjścia w teren.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 101 obserwujących.